Grosza daj Wiedźminowi, bo go chyba zabrakło. The Witcher na Netflixie

Grosza daj Wiedźminowi, bo go chyba zabrakło. The Witcher na Netflixie

Jako fanka książkowego uniwersum Wiedźmina i osoba, która przeszła każdą grę o Geralcie czekałam na premierę Netflixowego Wiedźmina z wypiekami na twarzy. Czy to miało prawo się udać? Czy serial spełnił oczekiwania, a może był kompletną klapą? Jedno jest pewne i mówię to jako zakochana w całej serii – miał być hit, a chcę krzyczeć: grosza daj Wiedźminowi, bo w tej produkcji go chyba zabrakło.

Od samego początku wiadome było, że serial będzie bazował na opowiadaniach Andrzeja Sapkowskiego, nie będzie to odzwierciedlenie gry CD Project RED, bo jak wiadomo – gra nie zawsze wiernie oddaje to co w opowiadaniach się pojawiło, raczej jest ich luźną interpretacją, dodatkiem, kreacją Redów i ich własnym wyobrażeniem. Nie widzę w tym niczego złego, wszak książki i gra to dwie różne kwestie i obie rzeczy dostarczyły mi nie lada rozrywki. Ale przygotowując się do serialu postanowiłam wrócić do opowiadań, odświeżyć sobie wiedzę, żeby móc jak najlepiej ocenić to, jak finalnie serial wyszedł.

 

źródło: Google Grafika

Przenosimy się do Blaviken, gdzie dociera też Geralt.

Siadamy przed telewizorem. Mamy chrupki, prażony słonecznik, deskę serów i po piwie do łapki. Czekamy na ucztę, nie nie, o jedzeniu tu nie myślę. Ten serial miał być ucztą, bo w końcu telepało nas na samą myśl o produkcji, a zarówno ja jak i mój mąż to psychofani Wieśka. Mąż od początku błagał: “żeby leciały łby, żeby krew chlustała, żeby były boskie walki, dawać mi tu dekapitacjeeeee”.

Dostał to, czego chciał.

Już w zwiastunie zobaczyliśmy to co w pierwszym odcinku było najbardziej zjawiskowe. Renfri, której w książce nie polubiłam wkurzała mnie też w serialu, a to dobrze, w końcu bohaterowie muszą wzbudzać w nas jakieś emocje. Wyglądała fajnie, tak jak ją sobie wyobrażałam. Stregebor budził we mnie mieszane uczucia, od odrazy przez to co zrobił dzieciom uznanym za pomiot Przekleństwa Czarnego Słońca, po całkowity zachwyt nad wiernym oddaniem jego wyglądu w stosunku do opowiadań. Były krasnoludy, była magia, było to czego w zasadzie oczekiwałam. Rzeź w Blaviken przedstawiona była tak, że szły mi ciarki, krew się lała, Wiedźmin tańczył z mieczem jak w Tańcu z Gwiazdami, muzyka budowała napięcie i ogólnie ja tam na koniec odcinka biłam brawo.

A potem… potem było już gorzej.

źródło: Google Grafika

Co mogło się udać, a jednak nie wyszło?

Zacznijmy może od tego, że cały sezon opiera się na jednej wielkiej retrospekcji i pętli czasowej. Zabieg, który zastosowali twórcy może i mógł wypalić, ale mam wrażenie, że po pierwsze – zabrakło czasu, bo jednak ubranie tak wielkiej i kolorowej historii w osiem odcinków po godzinę wymusiło potraktowanie paru wątków po macoszemu, po drugie – nawet jak na coś był czas to skupiono się na rzeczach (dla mnie) zgoła nieważnych, po trzecie – zabrakło konsekwencji.

Dla osoby, która nie czytała książek całość mogła wypaść dość niezrozumiale. Tak częste przeskoki powodowały, że ja sama nie mogłam się połapać w tym, czy Geralt i Yennefer już się znają, czy jedne wydarzenia dzieją się równolegle z innymi, a momentami musiałam mocno sięgnąć pamięcią do literatury, że złapać o co w danej historii chodziło i po co w ogóle nam to przedtawiają. Zaburzył się tu ciąg przyczynowo skutkowy.

Mówiąc o wątkach nieważnych i przeciągających się: YENNEFER. Po co i na co tak długo. Wiecie, ja doceniam postać Yenn, jej historia jest zacna, burzliwa, ciekawa, zaskakująca, dodajcie tyle epitetów ile chcecie. Mam niestety wrażenie, że jej wątek, cała przemiana, psychiczna i fizyczna, nauka w Aretuzie był całkowicie przeciągnięty, taki wymemłany do granic możliwości. I tak – wiemy jak u Sapkowskiego była ważna ta droga. Wiemy czym była i czym się stała i to jaką rolę, pełniła. Miała to być historia o walecznym Wiedźminie, a wyszło na to, że Geralt stanął trochę w cieniu Yennefer.

Nieistotne wątki do tego zabrały miejsce na tak ważne sprawy jak polityczną sytuację z driadami, elfami, krasnoludami, odpuszczono ważną Melitele, zabrakło baśni, ani słowa o tym czym w ogóle jest Koniunkcja Swer (no dopsz, może ze dwa razy coś tam o tym bąknięto). Gdzieś po drodze zaczęłam się przez to nudzić i zamiast oglądać z wypiekami sprawdzałam powiadomienia na instagramie. Proza Sapkowskiego jest bogata w takie wydarzenia, takie opisy, że oczekiwałam spadających laczków, niestety nic mi nie spadło, ani laczek ani nawet pół skarpetki.

Plusy tego zabiegu? Cycki, duża ilośc cycków i jeszcze troszkę cycka. Ale naprawdę, NAPRAWDĘ aż tyle cycków i wyciągnięta macica na tacy? WTF? I ok, zwracam honor, rola była wygrana dobrze, momentami szokująco, ale mimo wszystko uważam, że wątek był stanowczo za długi.

Mam też problem ze zrozumieniem, dlaczego z Nilfgardu zrobiono wręcz fanatyków, gwałcicieli i morderców, ale domyślam się że zabieg ten miał zagrać ludziom na emocjach. Jednak po prostu coś mi to nie leży z tym co przeczytałam w prozie Sapkowskiego.

Ogólnie jest wiele zmian fabuły względem książkii, przeszłość Geralta i Ciri, ich spotkanie. Mizerna przeróbka bitwy pod Sodden, wygląd Foltesta i przeinaczenie jego historii, coś poszło nie tak w wyjaśnieniu idei przeznaczenia. Coś poszło nie tak z pokazaniem magii, bowiem w książce dawała ona większą siłę, czarodzieje walili fireballami i priorunami, a tutaj mamy katapulty (hmmmm). Ach tego było dużo. I tak jak ja traktuję to jako zarzut, tak twórcy już się okręcili pupciami i zamiast wstępnego “WIERNA ADAPTACJA KSIĄŻKI”, teraz mówią nam, że to jedynie jej interpretacja.

Cóż.

źródło: Google Grafika
źródło: Google Grafika

Wydajmy cztery miliony na reklamy, zamiast scenografii postawmy makietę, a smok może być przecież z tektury.

 

Mam wrażenie, że twórcy serialu myśleli, że większość oglądających będzie cierpieć na ślepotę wtórną i nie zauważy, jak jakość scenografii po pierwszym odcinku drastycznie spada. Jak zobaczyłam Brokilon to zachłysnęłam się piwem, nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Driady też wywołały u mnie głośne cmoknięcie i wiecie… no wyszło tak, że miał być Brokilon, a wygląda to na Ogród Botaniczny w Łodzi po 3 tabletkach LSD… Smok był tak straszny jak zeszłoroczny śnieg, a charakterystyka postaci, skądinąd ważnych, wołała o pomstę do nieba. To co zrobiono z Silvanem wyglądało jak żart. Dekoracje jak z Korony Króli, przesuwające się na głowach, rozkopane peruki. Elfy, a raczej ich uszy z plasteliny – TOSZ TO SZOK! A wydawało mi się, że tego nie da się popsuć. Psikus bo się dało i to po całości.

Może jestem czepialska, ale jeszcze do niedawna były śmiechy chichy, że w naszym rodzinym Wieśku Żebrowski gumowe potwory mieczem głaszcze, a tu co mamy? Też gumowe potwory, tyle ze hamerykańskie.

Okrutnie to zepsuło radość z oglądania, chociaż historia jest świetna, postacie ciekawe i całe uniwersum potrafi zapierać dech piersiach. Takie oszczędzanie na jednej z najważniejszych rzeczy, która w klimat tego uniwersum ma nas wprowadzić to jak strzał w kolano.

Casting. Bo przecież o tym było najgłośniej.

I tutaj mam mieszane, uczucia, bo są postacie genialne i postacie, których nie ogarniam totalnie.

Zacznę może od najważniejszej postaci – Geralt, a w jego roli Henry Cavill. Cóż, nie ukrywam, że od samego początku podeszłam do tego wyboru dość sceptycznie. Tak – ja również uważam, że Henry jest “za ładny”, jego dupa na brodzie to coś co skutecznie odwracało moją uwagę. Do tego uznaliśmy z mężem, że gdyby po każdym warknięciu, mruknięciu, westchnięciu, gulgnięciu – nie wiem co to było, ale było tego od groma – wypić kieliszek wódki, to przy trzecim odcinku bylibyśmy już nieprzytomni. Sceny walki odegrane są bardzo fajnie i tutaj byłam zachwycona. Zdziadziałość, powściągliwość i marudność Geralta też oddana była fajnie. Bo przecież Geralt, ten z prozy, był takim mrukiem, odludkiem, daleko mu było do bawidamka. Cavil wygrał to bardzo fajnie, ale był dla mnie zbyt gładki (nie mówię o brodzie!) i zbyt napakowany. Inny Geralt mi się jednak marzył, oj inny.

Yennefer jako postać bardzo sympatyczna dla męskiego oka, kształty bujne, ładny biust. Fioletowe oczy są? Ano są. Czarne szaty są? No są. Nie czepiałabym się koloru skóry (o tym też później), jedyne czego mi w niej zabrakło to większej dojrzałości, w gestach, chodzie, postawie. Anya Chalotra to piękna kobieta, tak jak wyobrażam sobie Yen, ale dorzuciłabym więcej wyniosłości, kosztem seksapilu, który z niej kipiał od momentu przemiany.

Największy strzał w dziesiątkę to ukochana przeze mnie Cirilla. Freya Allan jest jak stworzona do tej roli. Nie dość, że uroda cudowna, gra lekko, wzbudza sinusoidę emocji, a przecież to aktor ma na celu. Jestem bardzo ciekawa jak rozwinie swój kunszt w kolejnym sezonie, bo jestem pewna, że będzie miała tam co grać, znając historię Ciri i jej przygody.

Kolejny ulubieniec – Jaskier. Takiego Jaskra chciałam widzieć, pasuje mi tu wszystko, od urody aktora, przez to jak swoją rolę poprowadził, zaśpiew zacny i chociaż czasem swoim zachowaniem przypominał mi troszkę Osła ze Shreka, to właśnie takiego kontrastu od pierdziela Geralta było mi trzeba. Zerkałam na filmografię Joeya Bateya i widzę, że jest to aktor wielu twarzy, to ogromny plus. Kiedy się uśmiecha jest własnie naszym radosnym śpiewakiem, którego wszędzie pełno, ale kiedy znika z twarzy uśmiech, a wchodzi w rolę mroczną, boję się, że porwie mi psa i go zje. Miazga!

Myszowór świetny, o takiego druida nic nie robiłam, Fringilla wzbudzała mój respekt, bardzo podoba mi się jej rola i to jak jej postać ewoluowała, Tissaia de Vries przypomina mi straszną matematyczkę, więc trafili w sedno, Istredd zaskakujący, Eist Tuirseach – też bym przyjęła jego oświadczyny.

Co z resztą?

Tu już mi entuzjazm opadł. Triss to nieporozumienie i znów nie myślę o kolorze skóry. Nie pasuje nic a nic do opisu książkowej Triss, nie pasuje mi do niczego, a do tego jest brzydsza od Płotki. Calanthe chyba adoptowała Pavettę sądząc po karnacji i kolorze włosów (w książce matka i córka były jasnowłose i o bladej skórze). Cahir to mój największy zawód, miał być przerażający, ale jedynie w oczach dziecka. Wszak to rycerz, a nie potwór. A zrobili z niego psychopatycznego rzeźnika. Vilgefortz? Tutaj poproszę o minutę ciszy, bo nawet nie umiem tego skomentować.

A właśnie? Co z polskim akcentem?

Maciej MUSISZ, czyli Maciek Musiał w roli jako Sir Lazlo – wylało się a chłopaka wiadro pomyj, a ja całkowicie nie rozumiem dlaczego. Cieszę się, że mógł zagrać w takiej produkcji, chociaż umówmy się – no nie bardzo miał co grać. Ciężko ocenić kunszt aktorski po tych paru formułkach, ale wyglądał dobrze, jest śliczny – jak to Maciej – po angielsku mówi ładnie, z konia spada perfekcyjnie. Maciej Musiał zrobił w swojej roli co musiał i bardzo mi się ta rola podobała, o.

źródło: Google Grafika

Żeby nie było, że ciągle narzekam.

Oczywiście, że serial miał tez dużo plusów.
Największym plusem jest to, po prostu o czym on jest. To z czym się Geralt na co dzień zmaga, potwory, strzygi, smoki, urtopce, baby wodne, mglaki i ghule – to już plus sam w sobie, bo akcja i walka zawsze będą elektryzujące dla widza, a móc patrzeć jak Wiesiek tańczy z mieczem to duża przyjemność. Świat magii, białej i czarnej, obecność istot pierwotnych, portale, transmutacja – świat fantasy jako sam w sobie przyciąga mnie do siebie. Dorzucając do tego odpowiednie krainy, potyczki polityczne, sytuację na dworach, koligacje między Cintrą, Skellige, bitwa z Nilfgardem – to musiało zażreć. Bogate zamki, bidne wsie, one wciągają. Piwo lejące się w karczmach, ciepły posiłek, talerze z mięsiwem – twórcom udało się nas w ten klimat przenieść.

Uwielbiam scenę zaręczyn Pavetty, historię z jeżem, relacja Geralt – Jaskier to miodzio na serduszko.

Kiedy okraszymy to odpowiednią muzyką możemy poczuć klimat niepowtarzalny. Bo ja muzykę z serialu pokochałam, tak jak niektórzy zarzucają jej bycie popowym gniotem, tak mi zabieg wprowadzenia nowoczesnej muzyki w świat wiedźmiński spodobał się bardzo. Nie bez powodu tak polubiłam postać Jaskra, od 2 tygodni chodzę i śpiewam “Toss a coin to your Witcher” i to w dwóch wersjach językowych, mam w planie nauczyć się też czeskiej i rosyjskiej.

O’ VALLEY OF PLENTYYYYYYYYYYY!!!

Lubię to, jak przedstawione są niektóre postacie, lubię ostatni odcinek sezonu, kiedy pokopana pętla czasowa się domyka i tak wiele się wyjaśnia. Parę razy puszczono w naszym kierunku oczko fabularne, aż serduszko rosło.

Lubię też to, że Andrzej Sapkowski NO WRESZCIE COŚ ZAROBI, bo po tym co się działo między nim, a REDAMI podobno tym razem zabezpieczył się lepiej (hihihi)
Serial zarówno dla maniaka serii, jak i dla osoby “z zewnątrz” może być ciekawy, wciągający, oczywiście jeśli świat tego typu się lubi.

A co w internecie piszczy o naszym kochanym Wieśku?

Oczywiście, że czytam komentarze z recenzjami, oczywiście, że czytam wojny pod recenzjami i powiem Wam, że parę najciekawszych komentarzy nawet wyciągnęłam i pomyślałam, żeby je skomentować bo…

1. Gdzie jest broda Geralta? – tam gdzie powinna być. Showrunnerka zarzeka się, że jest to adaptacja książki, nie gry. W książce jasno jest określone – Geralt nienawidzi brody, to że w Witcher 3 REDÓW Wiesiek ją nosi, to wyłącznie mechanika gry (a brodę i tak można zgolić)
2. Poprawność polityczna, za dużo kolorów skóry – znów warto zerknąć do książki, gdzie nigdzie nie jest określone, że wszystkie postacie były o jednym kolorze skóry. Możemy doczytać o różnych kulturach i rasach, nie jest to chyba problem, że w Nilfgardzie pojawili się ludzie z ciemniejszą karnacją, a Yenn wcale nie była określona w książce jako słowianka.
3. No właśnie – GDZIE SŁOWIAŃSKI KLIMAT?! – przepraszam, że jaki? Sam Sapkowski zdementował wszytkie pociski, jakoby Wiedźmin był słowiański. Akcja nie dzieje się na polskiej ziemi i nie mamy do czynienia z czasami polskich grodów. Jest to świat wymyślony, wyimaginowany i nie jest osadzony w żadnych realiach.
4. A gdzie drugi miecz? – Po pierwsze, utarło się, że Geralt miał jeden miecz na potwory, drugi na ludzi. Utarło się to również przez grę, a w książce prawda była zgoła inna. Oba miecze były na potwory, jeden był ze stali meteorytowej, drugi ze srebra. A były one dwa, bo po prostu niektóre potwory nie ginęły od stalowego miecza i wymagane było srebro. A to, że Geralt stalowym mieczem zabił też paru ludzi to cóż… no mogli go nie denerwować, to by ich nie zabił. Jeden miecz Geralt nosił przy sobie, drugi zostawiał przy Płotce.
5. Cavil charczy jak Bale w Batmanie – …. dobra, tu nic nie powiem. Tu się zgadzam. Warczy jak dziad, nie rozumiem tego zabiegu i ja.

źródło: Google Grafika

PODSUMOWUJĄC.

Wiedźmin Netlixa nie jest serialem na wskroś złym, ale jest serialem pełnym wad. Twórcy mieli świetną okazję na wypełnienie luki po GoT, który w końcu bawił miliony i trząsł światkiem seriali fantasy od lat. Mam wrażenie, że luka ta nie została dobrze wykorzystana.

Po perfekcyjnych książkach i perfekcyjnych grach, ludzie – w tym ja – oczekiwali perfekcyjnego serialu. W wielu momentach produkcja dała radę i dobrze się to ogląda, ale wystarczy parę szczegółów, żeby popsuć cały odbiór. Słabe scenografie, średnia charakteryzacja, błędy fabularne i niezgodność z książką psują sporo. Może gdyby nie obiecywano nam wiernej adaptacji prozy Sapkowskiego, moje oczekiwania byłyby inne. I te niedociągnięcia w wykonaniu: mam wrażenie, że większość pieniędzy poszła na soczewki dla aktorów, perukę Cavila i chupa-chupsa w buzi brzydkiej wersji Yennefer. I na reklamę sporo poszło, to oczywiste, bo hype na całość tworzony był dobrze i trafiał prosto w serduszko. Szkoda, że ten Silvan wyszedł trochę jak bohater fantasy klasy B.

Historia ma potencjał, cały serial ma potencjał, myślę sobie, że przecież GoT na początku też wiało kiczem, ale z czasem wiele poprawiono i serial był hitem. Mam nadzieję, że pierwszy sezon Wiedźmina to tylko zakąska, przystawka – jak kto woli, a prawdziwe boom nastapi już lada chwila. Szkoda by było zmarnować tak dobry materiał. Wiem też, że Netflix często tworzy seriale po kosztach, bazując jednak na dobrej fabule i trzymam mocno kciuki za tę naszą, rodzimą perełkę jaką jest całe uniwersum. Chciałabym, żeby twórcy zobaczyli w serialu szansę – szansę na hit, taki wieloletni, który nabije im kabzy i będą chcieli pociągnąć historię w pełni, saga i opowiadania to wdzięczna baza do tworzenia.

Moja ocena: 6/10 z wielkim serduszkiem.
Oby kolejny sezon dał czadu.

Grosza daj Wiedźminowi, bo go chyba zabrakło. The Witcher na Netflixie
źródło: Google Grafika

6 thoughts on “Grosza daj Wiedźminowi, bo go chyba zabrakło. The Witcher na Netflixie

  1. Też bardzo czekałam na ten serial. I generalnie spoko, pierwsze 4 odcinki obejrzałam z wielką przyjemnością, 4 następne już z mniejszą. Najgorszy był jak dla mnie odcinek 7. Taki Geralt mi się podobał, i to bardzo, natomiast Cirilla była taka bez wyrazu. Triss też wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Rozczarowaniem były dla mnie driady – nie chodzi o kolor skóry, ale wyobrażałam je sobie jako bardziej zwiewne, acz śmiercionośne. Tak samo z elfami. One mogły być zmęczone, brudne, zdesperowane, ale powinno być widać ich piękno. Masz całkowitą rację z tymi przeskokami czasowymi – czytałam książki po kilka razy, a momentami nie wiedziałam, kiedy co się dzieje. Ogólnie serial w porządku, na pewno będę oglądać następny sezon, ale kilka dni później trafiłam na Netflixie na Upadek królestwa i po prostu jestem absolutnie zachwycona. Uważam, że ta kompletnie niedoceniana produkcja jest dużo lepsza i od Wiedźmina.

  2. Naucz się najpierw wpisać składnie, a później pisz monologi. Wszyscy widza jak bardzo nie podoba Ci się serial więc całej wypowiedzi nie musisz piętnować licznymi powtórzeniami.

    1. Mam wrażenie, że nie do końca jednak przeczytałeś moja recenzję, bo serial mi się podobał, ale nie do końca spełnił moje oczekiwania, a wad miał sporo. Ot liczyłam na coś lepszego, w końcu mam prawo do własnych oczekiwań 😉

  3. Tak sie zastanawiałam czy oglądać. Teraz wiem na pewno, że przeczytać w końcu muszę, a co do obejrzenia.. To jak będzie czas, jakaś sesja na studiach czy coś. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Follow by Email
Instagram