CIĄŻA SŁODKO-GORZKA (zdjęcia: Sandra Hermanowicz)

PROLOG

 

Niedziela. Około 17:00. Środek grudnia, a za oknem pada śnieg. Zjadłam dużo ciastek (wzrost cukru we krwi o 300%), popiłam kawą, mam chwilę dla siebie.

Po co to piszę? Po co ten post?

Pewnie wielu z Was pomyśli, że jestem sfrustrowana furiatką, niegodziwą matką, nie dorosłam, nie dojrzałam, nie zasłużyłam na to co mam.

Ale nie. Nie zgodzę się z takim stwierdzeniem. A już na pewno nie pisze tego po to, żeby wzbudzić litość czy pokazać, że „och tak mi źle”. Chociaż czasami jest mi źle, nie ukrywam.

Taka wylewność wynika raczej z tego, że odrobinę boli mnie to, że tak wiele osób wpiera mi, że nie wolno mówić o tym, że ciąża i macierzyństwo to nie zawsze tęcza i pierdzące na różowo aniołki.

Czy piszę, bo coś mnie głęboko w sercu boli?

Tak.

Ciąża boli. Poród boli. Macierzyństwo boli. I nie boję się tego powiedzieć, marze o tym, żeby kiedyś presja społeczeństwa zmieniła się i inne mamy nie bały się o tym głośno mówić, że je też coś boli. Oczywiście, że jest OGROM mam, które wspominają czas ciąży, połogu, a potem bycia mamą z krwi i kości bardzo miło, ciąża nie przyniosła dyskomfortu, poród trwał półtorej godzinki, a potem dziecko przesypiało od razu całe noce, a kolki… co to kolki? Chyba jakiś mit.

Ale na świecie drepcze równie duża ilość Pań, które mają doświadczenia, hm… skrajnie różne i bardzo wstydzą się o tym powiedzieć. Właśnie – WSTYDZĄ. Bo to jest dokładnie takie uczucie. Tłamszące, duszące i bardzo bardzo złe. Kiedy nie czujesz się dobrze fizycznie i psychicznie i wstydzisz się o tym powiedzieć, bo wiesz, jak zareagują inni. Ja dreptam w tym marszu właśnie z takimi mamami.

Dopiero na forach dla mam i wtedy kiedy „weszłam” w środowisko matek – tych nie wirtualnych – zobaczyłam jak wiele kobiet ma podobne odczucia do moich. Ale siedzą cicho, bo boją się mówić o tym otwarcie, szepczą o tym tylko między sobą. Bo po co prowokować wojnę, prawda?

Wiecie co kiedyś usłyszałam, kiedy w łzach powiedziałam własnej przyjaciółce, że ja nie uważam, że dziecko rekompensuje ten ból, który był towarzyszem stanu błogosławionego (o ironio, kto wymyślił tę nazwę)? Że ja nie jestem GODNA TEGO DZIECKA. Chyba wolałabym dostać mokrym laczkiem w pysk niż usłyszeć coś takiego, serio.

W głębi serca mam nadzieję, że ten tekst nie spowoduje, że zablokujecie link do mojego bloga, wyprowadzicie się z niego w pełni. Wiem, że odrobinę wkładam teraz kij w mrowisko ale… Czuję, że gdzieś po drodze dotarło do mnie, że ten tekst jest potrzebny. Czy Wam? Hm.

Na pewno jest potrzebny mi. A jeśli i Wy uszczkniecie z niego odrobinę dla siebie, to będzie to mój podwójny sukces.

_____________________________________

Zdjęcia zdobiące ten post wyszły z pod ręki cudownej i uwielbianej przeze mnie Sandry Hermanowicz. Dzięki jej wielkiemu talentowi, pięknej inscenizacji w studio i odrobinie czasu mamy najpiękniejszą pamiątkę na lata. Zapraszam do Sandry na wszystkie profile społecznościowe, musicie zobaczyć więcej jej dzieł!

SANDRA HERMANOWICZ FANPGAGE

SANDRA HERMANOWICZ INSTAGRAM

3… 2… 1… START!

 

05.11.2018.

Późny wieczór.

Odkąd wyszłam za mąż gdzieś przez głowę przechodziło mi, że prędzej czy później zostanę mamą. Ba! To raczej normalne, ale przecież wielokrotnie dyskutowałam o tym z wtedy jeszcze nie mężem, a narzeczonym, czy oboje będziemy chcieli dzieci, ile, kiedy, co jeśli się nie uda. Wydaje się to być banalne, ale kwestie takich dyskusji wiele par… bagatelizuje. Bądź omawia w taki sposób, aby po prostu szybko skończyć temat. Jest to moja – smutna skądinąd – obserwacja. Idąc krok dalej. Jak będzie wyglądać ta ciąża? Jak zamierzamy się w niej odnaleźć? Wspierać się? Pomagać… Tyle ile można. Ale ile można? Co rozumiemy przez pomoc? Gdzie są granice? A potem już reszta Rollercoastera. Opieka, wychowanie dziecka. Podział obowiązków. A może właśnie brak podziału. Dużo pytań, bardzo dużo.

Boję się trochę o tym pisać. Ale nic. To będzie najdłuższy tekst w moim życiu.

Zaczynajmy.

 

GORZKO.

 

Celowo zaczynam od tej gorszej strony. Po prostu wolę zostawić te dobre rzeczy na koniec, a to co trudne, łatwiej przełknąć od razu. Jednak zaczynając od początku.

1.CHCĘ BYĆ W CIĄŻY.

Decyzję o tym, że chcemy świadomie zacząć starać się o potomstwo podjęliśmy jakieś 2 lata po ślubie. Poczuliśmy się stabilni finansowo, emocjonalnie, psychicznie. Stwierdziliśmy: NO TO SIUP! To ten czas. Oczywiście wszystko po kolei, najpierw podstawowe badania, lekarz z uśmiechem powiedział: proszę się starać, tylko 20% par „trafia” w pierwsze pół roku, a kolejne 40% par w pierwszy rok. Jak po roku się nie uda to będziemy się martwić. I tak też było. Z radością, naprawdę nieukrywaną radością podeszliśmy do tematu, na początku bez ciśnienia i bez stresu. Ale mijały miesiące. Pierwszy, trzeci, szósty, ósmy. Zaczęłam się stresować. Martwić. I przede wszystkim złościć. Bo wiecie jak to jest. Niby „co mnie inni obchodzą”, ale kiedy widzisz jak koleżanki jedna za drugą pojawiają się z USG i rosnącym brzuchem, a tobie nie udaje się już długo to pojawia się spory żal. Po roku zaczęły się badania. Moje, mojego męża. Usłyszeliśmy, że u męża ok. Za to u mnie… Sami nie wiedzą. Może PCOS? A może endometrioza. A może jednak niedrożność jajowodów? Gruchnęły słowa: bez leków nie ma Pani owulacji. Zgłupiałam, bo w życiu nie spodziewałam się takich słów i powiem szczerze – chyba nie do końca zrozumiałam wtedy o co chodzi. Zaczęły się szpitale, masa badań hormonalnych. I każdy, ale przysięgam KAŻDY lekarz miał swoją wersję. Podjęłam się leczenia, zaczęłam przyjmować leki, rozpoczęła się terapia hormonalna. Jak dziś pamiętam jak straszne samopoczucie mi przy niej towarzyszyło. Leki powodowały, że ciągle kręciło mi się w głowie, miałam fale nieprzyjemnych dreszczy na zmianę z uczuciem, że palę się od środka. Byłam rozchwiana emocjonalnie. Miewałam chwile, gdzie czułam się jakby ktoś wyłączył w mojej głowie prąd. I osłabienie, ciągłe osłabienie.

Przyjmując tego typu leki, które miały jakby… zmusić mój organizm do płodności byliśmy zmuszeni funkcjonować jak w zegarku. Monitoringi cyklu całkowicie pozbawiły nas spontaniczności. Mąż stawiał się w domu na zawołanie, potem trzeba było lecieć i sprawdzać czy się udało. Narastała frustracja. Pojawiały się kłótnie, nasze życie zamieniło się w życiu dwóch robotów, chodzących z kalendarzykiem. Trwało to 8 miesięcy. Dokładnie 8 pełnych cykli. Aż nagle na USG pokazuje się coś co załamało mnie kompletnie. Torbiel. Nastąpiła zmiana lekarza, bo przestałam obecnemu ufać. Może to było jak zbawienie, bo w ciągu 2 tygodni pojawiły się kolejne torbiele. Mnożyły się. Okazało się, że na skutek stymulacji hormonalnej doszło do tzw. Hiperstymulacji i skończyło się 3 torbielami. Każdy wielki na 6cm. Okropny ból brzucha, nie umiałam usiąść prosto, bo czułam okropny ucisk. Skończyło się oczywiście szpitalem…

Pojawiły się kolejne propozycje. Inne formy leczenia, może zabiegi, kolejne badania. Kolejny lekarz podważał opinie poprzedniego, aż docelowo usłyszałam: ALE PANI NIC NIE JEST! Przecież Pani jest zdrowa jak ryba! Od innego lekarza znów usłyszałam, że to może być niezgodność DNA z mężem i po prostu do ciąży nigdy nie dojdzie. Od jeszcze innej lekarki, że może trzeba wykonać zabieg HSG? A jeszcze inna uznała, że moja diagnostyka jest zerowa i trzeba zacząć wszystkie badania od początku.

Wiecie co? Pękłam. Powiedziałam dość. Płakałam, długo płakałam, mąż razem ze mną. Uznaliśmy, że widocznie to nie dla nas. Do tego doszły problemy w pracy, mój ogromny stres, ból, fatalna atmosfera, którą z niej przyniosłam. Poczułam, że coś we mnie umiera. Że dzieje się coś złego, że kończy mi się witalność, moja psychika zaczynała się kruszyć. Było bardzo, bardzo źle.

A ludzie? Ludzie gadali. Rodzina gadała. Że my to pewnie dziecka nie chcemy, że psy nam zastępują dzieci (WTF?!), że nie umiemy kochać, że jesteśmy samolubni, że egoiści, że nienormalni, że psychiczni, że KTO CI SZKLANKĘ WODY NA STAROŚC PODA (boziuuuuuu jak ja kocham ten tekst!). Pojawiły się głupie żarty. Przykład? A proszę bardzo: „ohohoh, Bartusiowi urosło sadełko, Paulina dziecka mu dać  nie może to niech chociaż on ma swój własny, duży brzuch”

Serio?

K*RWA SERIO?! Ludzie co z Wami?!

Ej… Dobra. Wiecie jak to boli, kiedy ty bardzo, bardzo chcesz potomstwa, a ktoś ci dopierdziela taką kosę prosto pod żebra? Łzy wielkie jak groch. I przychodzi ten moment, kiedy zaczynasz nienawidzić samej siebie.

Zapadła decyzja. Odchodzę z pracy, zmieniam branżę, idę do specjalisty, tym razem niech leczą mi głowę. Jakkolwiek to brzmi, moja dusza zachorowała, tak jak choruje ręka, noga płuca, wątroba.

Terapia. Trwała 7 miesięcy. Bardzo intensywna, bardzo pomocna, spotkałam cudownych ludzi, którzy wybitnie mi pomogli. O tym etapie w moim życiu mogłabym napisać książkę, bo wtedy życie zweryfikowało przy okazji, kto tak naprawdę jest moim przyjacielem, kto najbliższą rodziną. I ha! Powiem Wam. TO BY DOPIERO BYŁ TEKST! Och ile żalu jak bym mogła wylać jeśli chodzi o ten temat, ile jadu. Może kiedyś. Ale udało się. Stanęłam na nogi. Zrozumiałam to co dla mnie najważniejsze. Że ja tak naprawdę NIC NIE MUSZĘ. Odnalazłam się na nowo, w nowym miejscu, nowym czasie. Zaczęła się nowa praca, podjęliśmy z mężem ryzyko finansowe, ale bardzo dobrze rokujące na przyszłość, postawiliśmy wszystko na kartę: KARIERA, pojawiły się podróże, naprawdę co chwilę zwiedzałam inne miejsce, inny kraj. Były imprezy, a co – kto staruszce zabroni? Taki przyspieszony kurs korzystania z życia.

I potem przyszedł marzec 2018.

2.DWIE KRESKI.

Pamiętam jak dziś, kiedy byliśmy na budowie. Warszawa. Mokotów. Godzina 21:00, głodni jak wilki jedziemy do Burger King, po 16h na placu budowy myślałam, że padnę trupem jak czegoś nie zjem. Pamiętam jak dziś te okrutne mdłości po hamburgerze z Burger Kinga. I pamiętam jak totalnie się tym nie przejęłam. Tydzień później. Dzwonię do męża: KOCHANIE, OBJADŁAM SIĘ STARYMI KABANOSAMI! Znowu mdłości, ale byłam wściekła, bo te kabanosy kosztowały majątek. Po jakimś tygodniu szłam do Tesco. Tak okrutnie zachciało mi się bananów. I to o 22:00. Stojąc przy szafach drogeryjnych w oczy rzuciły mi się testy ciążowe. Pojawiło się pytanie: kiedy ja w ogóle ostatnio miałam okres? Chwyciłam dwa. Przed wejściem do domu wypaliłam z nerwów 3 papierosy pod rząd. Siadam. Robię. Przysięgam, najdłuższa minuta mojego życia i… są. Dwie kreski. Dwie, czerwone, grube jak koty mojej teściowej kreski. Wpadłam w szał…

Wybiegłam z toalety. Trzęsłam się, mąż był przerażony, myślał że ktoś zmarł. A ja zaczęłam krzyczeć. Że jak mógł mi to zrobić, że nie chce, nie teraz, nie możemy, to zły czas. Mąż mnie przytulił, zaczął uspokajać głaskać po głowie. Poszedł spokojnie, test zobaczył, a ja zobaczyłam jego łzy. Wyjąc gapiłam się na ten test i nic do mnie nie docierało. Szał opadł, pojawiła się euforia. Telefony do przyjaciółek, głaskanie po brzuchu, pierwsze słowa do tego fasola, który został tam zasiany. Mimo wszystko w głowie cały czas siedział mi strach…

Umówmy się: nie mam pracy na etat = nie ma kasy na L4, a potem na macierzyńskim. Oszczędności wsadzone w nową inwestycję plus w sprzęt do firmy. Mogę owszem iść i kłamać, poszukać pracy, a potem uciekać patatajając na L4, ale nie jestem świnią, sama zatrudniam ludzi i wiem, że nie robi się takich rzeczy. A firma? Przecież nasza robota polega na wyjazdach. Mąż ciągle w trasie. Mieszkanie? Małe, malutkie. W tym mieszkaniu dwa psy. A do tego w bloku mieszkają jacyś alkoholicy, matko jak tu wózek na parterze zostawić. I jak ja potem z tym wózkiem i dwoma psami na dwór wyjdę. I to w środku zimy? Bo tak wypada termin porodu. Rozumiecie. Milion pytań, zero odpowiedzi. I strach, nic innego tylko strach…

Jedyna myśl: NO TOŚMY SIĘ TERAZ ŁADNIE WJEB*LI.

Nie zrozumcie mnie źle. Tak, przecież już kiedyś uznaliśmy, że chcemy być rodzicami, moglibyście powiedzieć – przecież samo się to nie zrobiło. No nie, ale wiecie. Kiedy nagle po tak długim czasie poukładałam sobie wszystko w głowie, zdecydowaliśmy się bardzo mocno zaryzykować jeśli chodzi o plany względem firmy i postawić wszystko na jedną kartę… Nagle pojawia się ciąża. Nie jest łatwo to przetrawić. Psychicznie wróciłam do punktu wyjścia, zaczęłam się zastanawiać, czy ja po tych 7 miesiącach terapii jestem na pewno dobrą osobą do bycia mamą. I chcąc nie chcąc pojawiły się myśli, że kurcze… Nie dam rady. Cholernie nie dam rady.

3.A CIĄŻOWE OBJAWY?

Jeśli myślicie sobie, że przyjaźń między ludźmi jest silna i nierozerwalna – wierzcie mi. W mojej ciąży pojawiła się przyjaźń jeszcze silniejsza. Była to przyjaźń mojego żołądka z WC. Od 9 tygodnia ciąży do 20 tygodnia ciąży nie rozstawałam się z toaletą, mdłości chciały mnie wykończyć, dosłownie. Przysięgam, płakałam nad tym kiblem, bo tak strasznie miałam dość, spazmatycznie mną targało, nie potrafiłam jeść, nie potrafiłam potem już funkcjonować bo byłam bardzo osłabiona. A do tego przecież musiałam być aktywna w pracy, nie miałam etatu więc nie mogłam sobie pójść na L4, do tego obiecałam sobie, że będę silna i będę pracować do samego końca ciąży. Potem lista objawów się poszerzyła. Zaparcia, zgaga, migrena ciążowa, zawroty głowy, osłabienie. Chodziłam jak zombie. Od nadmiernych wymiotów moje zęby zaczęły się psuć. A jakby ego było mało, w osiemnastym tygodniu ciąży moja prawa nerka zrobiła się niewydolna. Ból, znowu ból. Kolki nerkowe, jedna za drugą. Aby mnie „odkorkować” i uniknąć urosepsy wprowadzono mi stent pigtail typu DJ. Nie będę się rozpisywać co to więc w skrócie: ma to udrożnić moczowody, ulżyć w kolkach, dać nerce pracować, dać jej tę wydolność. Efekt? Założył mi to chyba nie lekarz, a rzeźnik. Bo kolki nadal były, złogi w nerkach też, zastoje nadal jak były tak są, a do tego doszedł krwiomocz na okres całej ciąży, problem z chodzeniem i ogólnie pogorszenie samopoczucia. Acha. Założenie tego dziadostwa boli. Jak i którędy je zakładają – domyślcie się. A mi do tego zakładano to w asyście 8 studentów medycyny… Moje krocze stało się teatrem.

Biegałam po lekarzach, skarżyłam się na ból, wyniki badań były… dziwne (nie mniej dziwne niż podejście lekarzy do tego krwiomoczu – wiecie, dla nich normą było to, że 5 miesięcy sikam krwią). I niestety, ale tak… Ciąża zniszczyła mi nerkę. Istnieje duże zagrożenie, że stracę ją na zawsze. Owszem, mam wrodzona wadę, czysto anatomiczną, ale nie groźną. Przynajmniej do teraz. I nie – żaden lekarz nie spodziewał się, że tak się stanie. Żaden urolog i nefrolog nie pomyśleliby, że ciąża AŻ TAK wpłynie na stan i postęp tej choroby, a moją historię leczenia znają bardzo dobrze.

I teraz tak.

Z rąsią na sercu…

Ile razy powiedziałeś/aż komuś słowa: CIĄŻA TO NIE CHOROBA?

Ale tak serio serio.

Nadal tak myślisz? I nie, broń Boże, ja nie mówię, że każda kobieta w ciąży jest obłożnie chora i trzeba ją nosić na rękach, bo tak nie jest, ale… Ja się czułam jak chora, bardzo chora. Tęskniłam i nadal tęsknię za moją standardową sprawnością fizyczną. Ból czasem był tak duży, że ciężko było wstać z łóżka. A niemoc wynikającą czysto z obciążenia organizmu faktem, że noszę w sobie inne życie odbierała siły do działania.

Więc jeszcze raz.

Ciąża to nie choroba.

Ale odmienny stan. Ja wiem, że ciężko to czasem zrozumieć, ale stan o tyle wyjątkowy, że powinien zasługiwać na zrozumienie. Ja sama pyskowałam, oooooo jak pyskowałam na ten temat. A teraz bardzo się ze słowami samej siebie z przeszłości przepraszam.

4.MILIONY ZŁOTYCH RAD

Tak jak do tej pory myślałam, że sporo wiem o życiu, no bo dużo czytam, edukuję się, poznaję, doświadczam i samorealizuję, tak nagle okazało się, albo… nie, wybaczcie, inaczej… LUDZIE MI POKAZALI, że ja to jednak nie wiem nic.

Ilość ludzi, którzy wiedzą co jest dla ciebie dobre wzrasta o jakieś 50%. Niby człowiek powinien się cieszyć, ale niech cię nie zwiedzie te uczucie, to błędny trop. Bo te całe „dobre” to jest kwestia mocno umowna. A intencje innych nie zawsze są czyste. Nagle spod ziemi wyrasta jakaś niesamowita ilość osób, które mają dla ciebie szereg mega rad, takich last minute, one and only. Nic ci do tego, że nie zgadzasz się z tymi radami totalnie. No bo chcesz wychować dziecko po swojemu, a w ciąży po swojemu żyć, co nie? W ŻYCIU! Nigdy! Oszalałaś? Nagle każdy wie lepiej co jest dobre dla ciebie, co czujesz, co myślisz, co masz w sercu. Każdy wie jak będzie, jak będzie wyglądać twoja przyszłość… Oczywiście najczęściej słyszy się te rady od:

  1. Mam i babć
  2. Fałszywie życzliwych koleżanek
  3. Wszystkowiedzących, acz nigdy w ciąży nie będących.

I tak jak aby ocenić to czy danie jest dobre nie muszę być kucharzem, tak ocena tego jak wygląda ciąża i poród przez osoby, które w takich stanie nie były (pomijając lekarzy etc) jest… hm, no słaba. Już mówię dlaczego.

Bo ja też byłam taka "mądra". Też mówiłam czego to ja w ciąży nie będę robić, jak to ja dziecka nie wychowam. Oj życie zweryfikowało wiele. A do tego ze zdwojoną siłą dotarła do mnie siła powiedzenia, że „tylko krowa nie zmienia zdania”.

I tak, warto słuchać bardziej doświadczonych, wiedza taka jest bezcenna. Ale pod jednym warunkiem. Że ja sama o taką wiedzę proszę. Nie działa to w sytuacji, kiedy ja albo mam swoje zdanie albo nie pytam o radę, a na siłę ją dostaję, zwykle w zestawie z krytyką.

Ach, jeszcze jedno. Jeśli kiedyś jakaś mama mówi ci, że nie zamierza po porodzie czegoś robić lub robić coś co uważasz za nielogiczne… USZANUJ TO. Szanuj fakt, że tobie nikt się w poglądy nie wpierdziela, bo tego nie lubisz. Więc nie edukuj na siłę innych. Jeśli jakaś mama chce aby dziecko było bezsmoczkowe, nie jadło cukru, a do ZOO chce swoje dziecko zabrać w wieku szkolnym, nie wcześniej, z szacunku do mieszkających tam zwierząt: NIE DYSKUJTUJ. USZANUJ. Pozwól być suwerennym, wolnym rodzicem. Ty też będziesz chciał/a takim być, lub już byłeś/aś.

Ach, zauważyłam jeszcze jedną rzecz.

Znaczna część „przyjaźni” i „super koleżanek” nagle się… zmniejsza? Nie piję, nie imprezuję, nie tańczę, mam mniej siły na knajpy czy przesiadywanie do późna – nagle jestem mniej… ciekawa? Hm.

Ale działa to też w dwie strony. Mnie też nie interesuje już kto z kim się przespał i kto ile wypił na dyskotece. Teraz bardziej zwracam uwagę na to po ile są pampersy DADA w Biedronce.

Oczywiście - człowiek nie staje się nagle bezmózgą laską z odpieluszkowym zapaleniem mózgu ale wiecie… priorytety się zmieniają i chyba towarzystwo też. Siłą rzeczy chciałam w końcu pogadać o „maminych” sprawach więc i inne mamy w towarzystwie się nagle znalazły. Uważam to za naturalną kolej rzeczy. Czysta kwestia – więcej wspólnych tematów. Jeśli się mylę – poprawcie mnie.

5.PORÓD

Teraz sobie pomyślicie, że albo ściemniam, albo jestem wybitnym pechowcem.

Zgodzę się z tym drugim.

No cóż, mój poród był ciężki. 11 godzin skurczy porodowych, 3 godziny skurczy partych. Poród indukowany, bo mojemu dziecku się na świat nie spieszyło, w 42 tygodniu ciąży nadal siedział w brzuchu, a ja leżałam już w szpitalu. Kiedy wszystko się zaczęło byłam okrutnie spanikowana, ale też bardzo szczęśliwa. Kiedy pojawiły się te konkretne skurcze, regularne, co 5 minut zrozumiałam, że O CHOLERA, JAJA SIĘ SKOŃCZYŁY, JEŻUMALUSIEŃKI JAK TO BOLI.

I tutaj oczywiście pojawia się kwestia tego, że każda kobieta ma inny poród. A ten mój był paskudny. Oczywiście miałam jeszcze dodatkowo „szczęście” i Panie rodzące w salach obok miały porody krótkie, pewnie równie bolesne, ale jednak najgorszy był dla mnie czas tych pierwszych skurczy, to jak to się dłużyło. Pod koniec traciłam świadomość, bo naprawdę trzynasta godzina rodzenia to już nie jest jedzenie lodów truskawkowych, a od darcia gęby straciłam głos.

I tak w skrócie?

  • Nacięli mnie chyba po same uszy.
  • Czynność skurczowa była słaba, wypychałam małego intuicyjnie i sama, a skurcze powinny w tym pomóc – oczywiście mnie ten zaszczyt nie kopnął.
  • W trakcie porodu dostałam kolki nerkowej, jakby było już mało pod górkę.
  • Młody nie chciał wstawić się w kanał, a jak nie miałam sił nawet pierdnąć i błagałam o cesarkę i lekarze faktycznie chcieli już ja robić, to nagle WLAZŁ W KANAŁ i trzeba było dokończyć naturalnie.
  • Nie mogłam mieć pełnego i klasycznego znieczulenia ZZO, właśnie przez moje nerki.
  • Straciłam ogrom krwi.

I jakby nie mój mąż to zerwałabym tam kafle zębami, wybiła okna, a lekarkę i położną zabiła gołymi łapami. A nie, przepraszam, nie zabiłabym bo przecież ja tam nie umiałam na dupie usiedzieć, a co dopiero palcem kiwnąć żeby kogoś zabić.

I tak, powiem to. MAM TRAUMĘ. I poważnie jest mi niedobrze na myśl o porodzie. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym miała więcej szczęścia może bym i wspominała to dobrze, ale nie. Nie będę tego wspominać dobrze. Nigdy. I do końca życia będę mieć przed oczami przerażoną twarz mojego męża. Te przerażenie nie wynikało z tego, że była tam krew, fekalia (PS: Lewatywy są przereklamowane) i ogólny wrzask. On był przerażony, bo myślał że umieram. Widział jak bardzo cierpię i nie mógł mi pomóc, nie mógł odjąć tego bólu, płakał, bo jak mówił – widząc mój ból pękło mu serce.

Ale udało się. Zrobiliśmy to. Razem. Ba! Ja chyba urodziłam dzięki jego obecności, bo gdyby nie on i jego siła, wsparcie i czysta pomoc, dobre słowo, a nawet pomoc w wyparciu tego małego diabełka ze mnie (położna na początku opuszcza salę i te kilka godzin bólu i skurczy przeżywa się samemu) ja bym tam się rozpadła na kawałki.

Pamięć o tym porodzie spowoduje, że na pewno siedemset razy zastanowię się nad kolejnym dzieckiem.

Już możecie mnie linczować.

6.POŁÓG I WSZYSTKO TO CO POTEM. I KOLEJNY MILION ZŁOTYCH RAD.

Znacie te wszystkie internetowe kłótnie na temat tego, jaki poród jest lepszy? Poród siłami natury czy cesarskie cięcie? Wydobiciny czy narodziny i inne tego typu bzdety. To tak po "dniu zero" nadal się o tym gada. I wiecie co, nie ma lepszego i gorszego porodu, serio. Są łatwe i trudne cesarki, łatwe i trudne porody siłami natury. Można dojść do siebie szybko w oby wypadkach i cierpieć mocno również. Jak już ustaliliśmy wspólnie: ja szczęścia nie mam. Poród ciężki to i na tyłek usiąść teraz trudno. U mnie dochodzi fakt mocnego nacięcia, a więc dłużej dochodzę do siebie, sam połóg przyjemny nie jest, a do tego moja nerka nie działa i wygląda na to, że jest gorzej niż zakładałam. Do tego mam zerwane mięśnie proste brzucha i czeka mnie rehabilitacja, a więc dłużej będę dochodzić do figur z przed ciąży. Ach no i oczywiście bez zapalenia cycków od nawału pokarmu się nie obyło. Cztery dni z gorączką, pozdrawiam różowe myszki, które ostatnio często widywałam. Ale nic, przysięgam nic nie dobija tak, jak nagła WIELKA PIELGRZYMKA, która zaczyna się wokół ciebie odbywać.

I na nic fakt, że prosisz, błagasz o rozsądek. Bo dla tak malutkiego dziecka taka ilość gości to nic innego jak szok, stres i kłębowisko bakterii. Bo teraz jako młoda mama chcesz te dziecko poznać, nacieszyć się nim, przytulić, uczyć się siebie wzajemnie. Bo po prostu chcesz odpocząć, kiedy młody śpi – wykorzystać to i też uciąć sobie drzemkę.

Pojawia się baby blues (chociaż przecież jak już pisałam wcześniej – też byłam wszechwiedząca przed ciążą i z góry założyłam, że mnie na pewno to nie spotka). A zaraz za nim pojawia się KOLEJNA PIELGRZYMKA. I kolejna. I następna. I oczywiście każda z pielgrzymek niesie koszyk złotych rad.

Dziecko ma kolki? Twoja wina – złe rzeczy jesz (na nic tłumaczenie, że dieta mamy karmiącej nie istnieje, to mit, archaizm i #karmiejemwszystko).

Źle trzymasz dziecko. Źle przewijasz. Źle przytulasz. Źle całujesz.

Nie wychodź na spacer, nie wolno. Otul go mocniej, zimno mu.

Chciałaś znieczulenie? EGOISTKA! SŁABEUSZ! Kobiety całe wieki rodziły bez tego.

Poród indukowany? BOŻE TY NAWET URODZIĆ NIE UMIESZ NORMALNIE!

Uuuuu, wyglądasz jak cień człowieka, fatalnie wyglądasz (a jak mam wyglądać, skoro zamiast spać słucham twojego trucia dupy?!).

Karmisz naturalnie? Źle. Karmisz mlekiem modyfikowanym? O NIE, ZGIŃ ZMORO NIECZYSTA.

 

W takim momencie mam dwie myśli.

Pierwsza: gdzie są moje leki od psychiatry do którego chodziłam przed ciążą?

Druga: ile kosztuje cyjanek? I czy da się wyczuć cyjanek dosypany do kawy?

I mam jedno pytanie. Dlaczego… po co. Przecież to oczywiste, że prędzej czy później po takich tekstach, w połączeniu z wojną hormonów, która po porodzie w każdej mamie się toczy, każda kobieta po prostu… pęknie.

Mam dobrą koleżankę, która jest wspaniałą mamą. Naprawdę cudowną, taką którą podziwiam i chcę mieć taką wiedzę, empatię (Marta pozdrawiam Cię w tym miejscu, chociaż wątpię, że to czytasz), która powiedziała mi kiedyś o swoim wspomnieniu. Jak to po kolejnym dniu, podczas kolejnej pielgrzymki po urodzeniu się jej dziecka – schowała się w toalecie i… płakała. Płakała tak mocno, że aż się trzęsła. Trzymała się pralki tak bardzo, że aż zbielały jej palce i konwulsyjnie szlochała. Tak bardzo miała dość.

Dlaczego… po co? Te rady, a tak naprawdę passive aggresive? Naprawdę to troska?

SŁODKO.

 

3020g i 51cm małego ciałka.

Główka z czarnymi włoskami.

Długie paluszki.

Małe stopy.

Noworodkowy krzyk.

 

To jest ta słodycz. I tutaj więcej nie trzeba pisać. Bo pisząc o tym nigdy nie oddam tego co poczułam kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, kiedy poczułam jego serce, jego ciepło, ujęłam jego dłonie w moje dłonie. I wtedy zrozumiałam, że…

Tej gorzkości to ja w ciąży się najadłam wiadrami.

Ale ta mała łyżeczka słodkości będzie słodzić każdą moją herbatę i kawę już do końca mojego życia.

 

KAROL.

30.11.2018.

Teraz jesteśmy kompletni.

EPILOG.

Często słyszy się, że posiadanie dziecka przyćmi całą tę trudną drogę w ciąży, podczas porodu i potem w połogu. Że uśmiech dziecka rekompensuje cały ten ból. Czy na pewno tak jest?

Nie dla mnie.

Myślę, że nie wolno tego ze sobą zestawiać. Po prostu… nie wolno.

Dziecko to szczęście, to swego rodzaju dar, dla jednych większy, dla innych mniejszy wyczyn.

A ta droga w ciąży i ten ból… to zawsze we mnie będzie. Nigdy nie zesłabnie, nigdy tego nie zapomnę i nic mi tego nie przysłoni. Uśmiech mojego dziecka niczego magicznie z głowy nie wymazał, a ja bólu nie zapomniałam. Dla mnie to są dwie różne kwestie. Nie chcę ich łączyć i nie chce żebym kiedykolwiek pomyślała, że dziecko ma mi coś rekompensować. Ono jest, już będzie, a to co było wcześniej? To inna historia.

Czy ten ból był konieczny?

NIE!

Uważam, że opieka okołoporodowa nadal kuleje (chociaż jest dużo lepiej niż np. 10 lat temu – patrz: dofinansowania na badania prenatalne, dofinansowania do szkoły rodzenia, fizjeterapeuci po porodzie). Uważam, że służba zdrowia nadal pozostawia wiele do życzenia (stent założony w mojej nerce założony jest źle, stąd krwiomocz, kolka przy porodzie i inne komplikacje to materiał na osobny post, ale z grzeczności już go pominę). Myślę, że nadal za mało pomocy w kwestii profilaktyki i leczenia bezpłodności. Brakuje dobrych psychiatrów i psychologów. A ludzie… ludzie to po prostu mogliby się czasem po prostu ugryźć w język i puknąć w głowę. Nadal niewielu jest prawdziwych CDL, mądrych położnych, które nie każą nam walić od razu diety eliminacyjnej.

A i nam brakuje paru rzeczy.

  • Odwagi
  • Empatii
  • Zrozumienia

Nie bój się powiedzieć kiedy coś cię boli, kiedy jest ci źle, kiedy ci ciężko. Nie kumuluj w sobie złych emocji.

Nie bój się prosić o pomoc, nie bój się tę pomoc dać. Ustąp miejsca w autobusie, jeśli ciężarna cię o to poprosi, a tak naprawdę jej brzuszka jeszcze nie widać (1 trymestr jest naprawdę cholernie ciężki).

Wysłuchaj. Ale nie edukuj na siłę. Chcesz pomóc? Poczekaj na sygnał, twoja pomoc naprawdę będzie doceniona, ale nadgorliwość zawsze jest gorsza od faszyzmu.

Drogi czytelniku, dziękuję Ci, że jeszcze tu jesteś.

Ten tekst był dla mnie bardzo trudny, dojrzewał w mojej głowie bardzo długo i zwyczajnie... Bałam się go tutaj wstawić. Wiem, że wystawiam właśnie tyłek na lincz, ale wierzę że było warto. Wiem, że pewnie usłyszę: "a moja ciążą była fajna, o co ci chodzi?!"

 

Ale nie wszystkie mamy takie same doświadczenia. O to mi chodzi...

 

Młody płacze. Chce do mamy.

Do mamy - czyli do mnie. Ale czad. Nadal nie do końca dociera do mnie, że jestem jego mamą, czasem myślę, że ja po prostu sobie śnię...

18 thoughts on “CIĄŻA SŁODKO-GORZKA (zdjęcia: Sandra Hermanowicz)

  1. Dziękuję za ten tekst. Tyle w Internecie ‘różowych’ opowiesci o ciąży, porodzie… a takie jak Twój są bardzo potrzebne. Dziękuję za odwagę – bo na pewno nie było łatwo pisać o sobie.

  2. “Dwie kreski grube jak koty mojej teściowej” kurcze zrobiłam mi wieczór tym tekstem 😂 kochana, ja choć nie mam jeszcze męża to w kółko słyszymy od przyszłej teściowej, że już najmłodsi nie jesteśmy, że komuś tam się dziecko urodziło itp… Szczerze słuchania mam dość i wiem swoje. Ale jednegoo mi żal… Na razie po prostu nie możemy ☹️

  3. Przyczytalam każde słowo, zdanie- wszystko. I chociaż matka nie jestem i jeszcze nie zamiezam być, to po obserwacjach, po siostrach, kuzynkach, mogę śmiało powiedzieć, ze ciąża to tak naprawdę nie jest taki piękny czas jak to wszyscy mówią. Ze promieniejesz, że coraz to piekniej wyglądasz, gówno prawda, a jak czujesz się psychicznie ? O to chyba nie pyta juz nikt. Pamiętam jak moja przyjaciółka do 7 miesiąca płakała chyba dzień w dzień, tak jak Ty zaprzyjaźniła się z WC, i dla niej ciąża to KOSZMAR, ja szczerze mówiąc boje się tego, co być może będę przechodzić, chce mieć dzieci, ale najzwyczajniej w świecie się boje.

  4. Czyta się Ciebie bardzo dobrze pod względem stylu. Niemniej jednak nie jest to najłatwiejszy wpis, jaki ja czytałam, ani jaki Ty napisałaś. Moim zdaniem nazwanie osobę przyjaciółką, która twierdzi, że nie jesteś godna swojego dziecka (moja reakcja na to również – WTF?) to duże naciągnięcie niestety… Nie chcę tutaj niczego więcej komentować, o wielu kwestiach wiedziałam wcześniej – jednak wstrzymam się z różnych względów.

    Nie poddawaj się! Dużo zdrowia dla Was! ;*

  5. Znam dwie grupy mam, te które bardzo miło wspominają ciążę poród i wszystko co po nim, a także te, dla których był to koszmar. Znam tez te, które maja gorsze wspomnienia z porodu, ale za to opiela nad maleństwem to istna bajka. Moj bratanek jest tak grzecznym dzidziusiem, ze nic tylko go tulic i calowac caly Bozy dzien *.*

  6. A poza tym gratuluję Ci pięknej figury. Co mimo wszytko jest ważną kwestią.. Ja niestety już swojej nie odzyskam i to jest moja słodko gorzka cena.. Wstydzę się jechać na święta do dawno nie widzianej rodziny..

    1. Proszę, nie mów że się wstydzisz… JESTEŚ PIĘKNA! Nawet jeśli twoja figura się zmieniła, piękno nosi się w sobie. Jeśli będziesz się sama siebie wstydzić to ujmujesz sobie czaru i kobiecego blasku. Zabraniam Ci tak myśleć. DEFINITYWNIE! Mój brzuch po ciąży wygląda strasznie, nie lubię go, ale myślę, że mam w sobie nadal dużo piękna, wszystkie mamy to w sobie mają! <3

  7. O matko kochana..
    Ściskam Ciebie mocno. 😘
    I życzę Ci żeby czas zamazał całkiem te makabryczne wspomnienia.🤗
    U mnie na szczęście wszystko poszło bez większych zawirowań..
    Za to mam męża który uważa że to kobieta, matka powinna wszytko przy dzieciach robić i dziećmi się zajmować..
    A tuż po pierwszym porodzie moim ulubionym słowem stało się Ku..wa i Wypier..alaj..
    Zazdroszcze męża.. Ja mojego nie zmienię ale i nie dam mu odejść bo ja kutwa sama z tym bajzlem nie zostanę. 😜 A tak było romantycznie.
    U nas akurat pojawienie się dzieci wiele popsuło.. Bo nagle okazało się że cały czas miałam jeszcze jedno dziecko w domu które domaga się uwagi i opieki. 😒

    1. Kiedyś mama powiedziała mi, że ona z tatą kłóciła się tylko o nas, czyli swoje dzieci. Ech, no nie zawsze dzieci cementują związek 🙁

  8. Jestem innego zdania, bo (może trochę staroświecko) uważam że przyjście Igora na świat zrekompensowało mi zdecydowanie to co przeżyłam na porodówce. Jestem gotowa na kolejnego malucha mimo tego że od 16 miesięcy nie przespałam ani jednej nocy mimo łez, rozstępów, dodatkowych kilogramów i częstego rozgoryczenia. Oczywiście szanuje Twoje zdanie i życzę powodzenia w nowej roli – roli mamy! 🙂

  9. Przeczytałam od początku do końca 🙂
    Jak ja uwielbiam te wszystkie złote rady. A to dopiero początek… Zaczekaj na odpieluchowanie… To dopiero jest czad…

    Ja zostałam mamą po 15stu latach małżeństwa. Nie było warunków, aby wcześniej decydować się na dziecko, a potem było nam tak wygodnie. I powiem szczerze raczej docinków nie było pod naszą stronę, A jak się ktoś odważył i coś powiedział to ja szybko naprowadzałam tą osobę na właściwe tory. Nikt nie będzie mną rządził. Pewnie dalej gadali, ale to już za naszymi plecami.

    Ja jestem w grupie kobiet, które nie miały żadnych objawów ciąży, zero wymiotów, nawet okres miałam. To dopiero było zaskoczenie, gdy lekarz do mnie, że to już 16sty tydzień … A ja do niego, ale jak to przecież okres miałam… Niby wszystko było dobrze do czasu, gdy nadciśnienie tętnicze dało o sobie znać. Nie pomagało nic nawet kroplówki… Na CITO cesarka.

    Mój syn jest wcześniakiem i ponad dwa miesiące leżał w szpitalu. Ale po wyjściu ze szpitala nawet nie przyszła do nas położna bo syn był za “stary” a ja już powinnam wszystko umieć… , a NFZ nie płaci za wizyty.

    Ominęły mnie te wszystkie wizyty krewnych, bo dzieli nas odległość. Czasami mi tego brakuje, ale czasami nie.

    Mój syn ma teraz trzy lata i często łapie się za myśl o rany jestem mamą 🙂

  10. Moja córka właśnie śpi, a ja zamiast korzystać ze snu z nią czytam twój tekst i łza się poturlala. Wrócę tu, bo teraz nie sklece nic wartościowego… Miałam więcej szczęścia przy ciążach, przyznaje.

    Wiesz, też mam taki “trudny” tekst w szkicach… Chyba go dokończę.

  11. W samo sedno. Moja ciąża nie była taka ciężka jak Twoja, ale poród i połóg owszem. Ze wszystkim zgadzam się w 300% . Pierwszy trymestr to czas, w którym ludzie nie widzą, a w Twoim organiźmie dzieją się cuda. Ilość krwi, którą musi przepompować jest 2x większa niż normalnie. I można zemdleć od długiego stania?! Ano można ✌
    P.s. mam nadzieję że nie jestem w 2. grupie tych, które udzielają złotych rad.

    Trzymajcie się ciepło. Buziaki ode i Zosi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *