Pierwszy rok macierzyństwa – co bym zmieniła?

Pierwszy rok macierzyństwa - co bym zmieniła?

Siadam i myślę. Mój pierwszy rok macierzyństwa – co bym zmieniła? Ja, jako Paulina. Czy ten rok był idealny?

Jak co roku na blogach i innych kanałach społecznościowych pojawia się masa podsumowań, postanowień i zestawień. Czy je czytam? Czasem. Czy sama chcę taki tekst mieć? Chyba nie.

W tym roku zamiast analizować co się wydarzyło, wolałabym przemyśleć co można by było zmienić, bo przecież jak każdy człowiek popełniam błędy i nie zawsze podejmuje dobre decyzje. Rok 2019 był dla mnie czasem planowania zawodowego i wielu nowych decyzji, bo ten rok był dla mnie czasem nowych prób. Nowa rola – mama – nowa rola – praca i kariera.

Rozmyślając o tym, że moje dziecko ma już ponad rok zastanawiałam się, jak wiele w naszym życiu się zmieniło. I nie mówię tutaj o tym, że śpi się mniej, martwi więcej i że nie ma już mowy o totalnie spontanicznym wyskoku na imprezę życia połączoną z podróżą dookoła świata. Zmieniło się przede wszystkim moje postrzeganie świata, a raczej otwartość na to, że nie każda moja decyzja może być dobra, ale na pewno każda decyzja kształtuje moje dziecko, bo przecież to ja jestem przez najbliższe pare lat jego jedynym wzorem i to co robię ja, będzie robić i on. W końcu dzieci w rodzicach widzą wszystko co dla nich może być dobrem i złem, obserwując nas – kopiują, uczą się i wyciągają wnioski.

Powoli do mnie docierało, że mój pierwszy rok macierzyństwa nie był idealny, w dużej mierze wynikało to z braku wiedzy i doświadczenia bo – powiadam Wam – gdybym teraz miała zostać mamą drugi raz – zrobiłabym setki rzeczy całkiem inaczej.
Dziś chciałabym przybliżyć Wam parę takich spraw.

Pierwszy rok macierzyństwa - co bym zmieniła?

Mój pierwszy rok macierzyństwa – moje obserwacje. Co do zmiany?

Chyba najlepszą formą będzie tutaj zwyczajnie wypunktowanie, zachowywanie jakiejś podniosłej formy stylistycznej na nich się nie zda. Zaczynajmy.

1. Lepiej przygotowałabym się do porodu.

Cofam się jeszcze ociupinkę przed sam moment kiedy mały pojawił się na świecie. Czy czytałam poradniki dla rodzica? Nie. Czy czytałam książki opisujące przebieg porodu? Nie. Czy chodziłam do szkoły rodzenia? Nie. Nie zrobiłam praktycznie niczego w tej sprawie i zdecydowanie poszłam na żywioł. To był błąd. Mój brak wiedzy spowodował, że byłam wyjątkowo trudna przy współpracy z położnymi. Trudno było mi rozpoznać pierwsze skurcze, w zasadzie dopiero po porodzie docierało do mnie, że miałam skurcze przepowiadające. Wierzcie mi, kiedy położna od 35 tygodnia ciąży o nie pytała, odpowiadałam, że A GDZIE TAM, NICZEGO TAKIEGO NIE MAM. Ależ ja byłam głupiutka, bo dobry tydzień po porodzie dotarło do mnie, ile wieczorów z totalnym bólem brzucha za mną, ale ja durna cały czas myślałam, że to… jelita. Że wiecie, dziecko uciska w jelita i mam problem z gazami i załatwieniem się. A to nie było to, oooooj to nie to.

Kolejna kwestia, brak szkoły rodzenia i wiedzy z zakresu faz porodu (tę lekcję odrobiłam po łebkach, naprawdę) spowodował, że przy porodzie nie do końca umiałam współpracować z personelem. Już pomijając moje zachowanie – grożenie personelowi sądem – nie wiem, nie pytajcie, odebrało mi wtedy mózg – zwyczajnie nie wiedziałam czego położna ode mnie chce. A co gorsze – chyba nie do końca wiedziałam czego ja tak naprawdę chcę, w kwestii współpracy z położną i lekarzami. Oczywiście napisałam plan porodu i tam byłam konkretna – nie chcę cięcia krocza, chce znieczulenie od razu jak będzie to możliwe, chcę spędzić dużo czasu w wodzie. Faktem było jednak, że jedyne o czym już potem myślałam, to to, że jestem strasznie zagubiona, nie wiem co się dzieje i jak mogę samej sobie pomóc w tym, żeby urodzić syna. Bo tak, można sobie pomóc, kontrola nad swoim ciałem i skurczami to temat złoto. Gdybym wtedy wiedziała jak mogę pracować podczas skurczy to na pewno poród przebiegłby sprawniej.

Jeśli miałabym rodzić jeszcze raz – co bym zmieniła? Na pewno opłaciłabym własną położną i doule – teraz już wiem jak towarzystwo doświadczonego personelu pomaga urodzić, jak bezcenne są instrukcje takich osób i że nie stoją tam po to żeby nas wkurzyć (jak pierwotnie myślałam), tylko są tam po co żeby pomóc obrać odpowiedni kierunek w porodzie, bo teraz już jestem mądrzejsza i wiem, że te Panie wiedzą więcej niż ja i wiedzą co robią.
Co jeszcze do zmian? Koniecznie wio na szkołę rodzenia, może jakiś poradnik jak pielęgnować siebie i dziecko po porodzie (w sensie fizjologii, ułożenia, noszenia, przewijania, kąpieli). I na koniec poważna rozmowa z partnerem o tym, na jaką pomoc z jego strony mogę liczyć przy porodzie. No właśnie, rozmowa. Za mało o samym porodzie rozmawiałam z mężem i bliskimi.

 

2. Zabroniłabym pielgrzymek jasnogórskich w szpitalu i moim domu.

To jest taki temat, który chyba wspominam najgorzej. I mimo, że minęło już tyle czasu, ja nadal mam nieprzyjemne dreszcze jak sobie o tym przypomnę.

Kiedy kobieta rodzi dziecko przechodzi przez taką sinusoidę odczuć, emocji, burzy hormonów, do tego dochodzi wycieńczenie organizmu i jak ja to mówię: „rany po wojnie zostają”. Rany te to oczywiste, widoczne i fizyczne zmiany, które muszą się zagoić. Och, co się będę – cięcie krocza/pęknięcie krocza, cięcie cesarskie, poranione piersi (przy karmieniu piersią), obolały kręgosłup, cała masa rzeczy, którą ciągnie za sobą połóg. I ja wiem, że wiele kobiet po porodzie czuje się jak po spacerze po łące, ale nie – ja się czułam źle. Zszyta, krwawiąca, do tego cycki chciały mi odpaść, miałam baby blues, byłam wykończona.

Już w szpitalu zaczęły się pierwsze pielgrzymki. Rodzina wpadała falami, nie dwa dni po porodzie. W dzień porodu. BA! W DWIE GODZINY PO PORODZIE. Gdzie ja czułam się jak ściera, dziecko spało wykończone porodem, nie wiedziałam gdzie mam dupę, a gdzie głowę, do tego marzyłam tylko o tym by spać, a potem… nadal spać. Ale nie, każdy musiał zobaczyć dziecko (były nawet propozycje obudzenia Karola, bo przecież KAŻDY MUSI ZOBACZYĆ JAKIE MA OCZY). Potem w domu. Trzecia doba po porodzie, a ja mam w domu tuzin ludzi, każdemu z nich trzeba było robić kawę, podać ciastko, potem po nich pomyć i posprzątać. Oczywiście w międzyczasie latałam karmić i przewijać dziecko, zmieniać swoje własne pampersy, wyglądałam i czułam się jak wrak, a do tego miałam solidny baby blues i jakbym mogła to bym wyła wniebogłosy, chowając się w wannie, w łazience.

Pomijam już sam mój stan fizyczny, bo ja naprawdę nie miałam kiedy odpocząć. Skupiłabym się bardziej na tym, że takie marsze dorosłych przez dom, to był dla mnie ogromny strach. Bo bakterie, bo każdy chciał małego nosić na rękach, całować (jeżumalusieńki HIGIENAAAA) każdy na niego chuchał i dmuchał, czas zimy więc czas obniżonej odporności i czas infekcji. I coś o czym mało mam mówi i większość rodzin nie wie. PRZEBODŹCOWANIE. Moja największa zmora pierwszych czterech tygodni życia Karola. Wyobraź sobie, że leżysz w łóżku, nagle pojawia się zgraja ludzi, przekazują sobie ciebie z rąk do rąk, śpiewają, gdaczą, skaczą, piszczą, wrzeszczą, wymawiają dziwne słowa. No nie oszalałbyś? Karol oszalał. Efektem były tragiczne płacze, histeria wręcz, jak tylko goście poszli, zostawiając mnie z taką histerią w samotności. Efekt? Pięć godzin bujania i uspokajania dziecka. Wyłam razem z nim.

Gdybym mogła cofnąć czas, zabroniłabym wizyt tego typu przynajmniej do 4 tygodnia życia dziecka. Brutalne? Tak, owszem. Ale czy nie jest brutalnym narażanie dziecka, które zasadniczo nie ma żadnej odporności w tym czasie, zwalanie się na głowę mamie, która musi ogarnąć się w nowej roli, uspokoić hormony, odpocząć? Ok, rozumiem że rodzina się cieszy i chce zobaczyć dziecko. Ale można to zrobić inaczej, delikatnie. Odwiedziny po jednej osobie, max dwóch. Nie codziennie, nie na cały dzień. Można wpaść, wziąć dziecko na spacer, mama w tym czasie niech się wyśpi, weźnie prysznic, przeczyta książkę, przytuli męża. Można przyjechać i zaproponować pomoc – umyje ci podłogę, naczynia, może pranie zrobię. Można zwyczajnie uszanować to, że mama ma prawo do egoizmu w trosce o swoje dobro i przede wszystkim dobro dziecka. To tylko pierwsze tygodnie, potem można cieszyć się nowym członkiem rodziny przez cały czas.

Jedyne o czym marzyłam w pierwszych chwilach życia mego syna było to, żeby położyć się z nim do łóżka, tulić, wąchać jego główkę, delektować się chwilą, spać razem, wstawać razem, obserwować jego malutkie paluszki, mały nosek, krótkie włoski na głowie. Ale zamiast tego latałam jak poparzona obsługując wszystkich, sprzątając po wszystkich, odpowiadając na miliony zbędnych pytań, po czym jak wszyscy poszli po prostu siadałam na WC.
I płakałam.

3. Złote rady schowajcie sobie do kieszeni.

Przemarsz pielgrzymek zawsze wiązał się z jednym. Z całym wiadrem, ba z beczką… Nie! Z cysternami złotych rad, które wylewały się na mnie zewsząd. Dziecko płacze? Na pewno ma kolki (a ich nie miał). Co on tak wyje? Daj mi smoczek (dałam i to był błąd, ale o tym późnej). Ubierz go cieplej (co z tego, że mi jest ciepło, to znaczy jemu też). Karmisz piersią? Po co się męczysz – daj mu butlę (O ZGROZOOOOOOO!). Nie noś bo przyzwyczaisz, nie jedz tego bo będzie go bolał brzuch (o matko… trzymajcie mnie), źle się prowadzisz, nie pij tej kawy, chowaj cycki bo ci odmarzną. Nie rób tego, nie rób tamtego, ja robiłam inaczej, ja robiłam to lepiej, ZA MOICH CZASÓW ROBIŁO SIĘ INACZEJ!

Myślicie, że to pomaga? Nie. To dołuje. Dołuje okropnie, bo czułam się złą matką, tak zwyczajnie. Dałam sobie wmawiać, że wszystko robię źle, że mój naturalny instynkt się myli i że podejmuje złe decyzje. Że nie wiem co dla mojego dziecka jest dobre, że źle odbieram jego sygnały. To takie frustrujące! I ja rozumiem, że to wszystko mogło wynikać z troski o mamę i dziecko, jednakże przynosiło całkowicie odwrotny skutek.
To mama decyduje o tym jak wychowuje swoje dziecko, jak je karmi, jak je pielęgnuje ona wie co dla dziecka dobre. Możliwość podarowania dziecku życia dała jej niesamowitą moc, która naprawdę pozwala jej czuć czego jej maleństwo potrzebuje.
Ja naprawdę czułam się ogromnie przytłoczona, nie miałam miejsca dla własnych myśli, zostałam obdarta z możliwości podejmowania suwerennych decyzji co do tego jak nasze codzienne życie ma wyglądać.

I to nie jest tak, że rady są bezwzględnie złe i nie powinny mieć miejsca. One powinny się pojawiać, jak najbardziej. Ale wtedy i tylko wtedy, kiedy mama o nie OTWARCIE PROSI. Wierzcie mi, matki to istoty rozumne i jeśli naprawdę mają wątpliwości i czegoś nie wiedzą – o pomoc i rady poproszą osobiście. Wtedy z przyjemnością i wdzięcznością z nich skorzystają, przy okazji pozwoli to ominąć narastającą złość, robiąc tym samym dobry uczynek.

Dobre rady zdarzały się też oczywiście od ludzi pobocznych. Inne mamy kochają pouczać nowe mamy, a najgorsze jest to, że na setki złotych rad silą sie osoby, które nie mają zielonego pojęcia o wychowaniu dzieci i o opiece nad nimi bądź mają zwyczajnie nieaktualną wiedzę. Przypominam tylko, że jeśli coś robiło się kiedyś, nie znaczy że te kiedyś jest dobre/lepsze.

Teraz miałabym w sobie więcej odwagi żeby powiedzieć takiej sytuacji STOP.

 

4. Mądre dysponowanie funduszami, czyli kompletowanie wyprawki.

Przyjście na świat pociechy to czas, kiedy szykujemy mu miejsce w naszym świecie i wpadamy w szał kompletowania wyprawki. Kupujemy dużo i często niepotrzebnie. Na jednym oszczędzamy, żeby wydać więcej na coś, co będzie zgoła niepotrzebnie.
I ja wpadłam w szał. Kupno sterty ciuszków w małych rozmiarach było niepotrzebne.

Dziesiątki śpiochów w rozmiarze 50 poszło do kartonów, jeszcze z metkami, bo mały wyrósł z tego rozmiaru w tydzień. Lepiej kupić dosłownie parę sztuk, tylko na start, zaoszczędzone pieniądze poświęcić na rozmiary większe, w których dziecko „pochodzi” dłużej. 15 pieluch tetrowych? Użyłam może czterech. Kilkanaście płynów do kąpieli i kremów? Niepotrzebne. Na większość mały zareagował źle, a najlepiej sprawdziło się kąpanie małego w samej wodzie lub w krochmalu, a kremy zastąpiłam naturalnym olejkiem ze słodkich migdałów. Nakładki, kapturki na sutki? Nie użyłam ich wcale, nie były potrzebne, a gdyby jednak po drodze zaszła potrzeba ich wprowadzenia – robiłabym to tylko z zalecenia CDL i wtedy popędziłby po nie mąż. Super wózek, o mega designie? Cudna gondola? Mały pojeździł w niej krótko, szybko przeszliśmy na spacerówkę (która też nie była dobrym wyborem – za ciężka i zbyt toporna). Mogłam poświęcić tę kasę na lekką spacerówkę z regulowanym oparciem i fotelik do samochodu z wyższej półki (niestety ten pierwszy mieliśmy z zestawu 3w1 i to był chyba nasz największy błąd. Oszczędzanie kosztem bezpieczeństwa to bardzo zły pomysł – wywalić kilka tysi na gondolę, żeby potem zabrakło na fotelik na lata – źle Paulina, źle). Trzy piżamy do karmienia? Wyrzuciłam. Sprawdziły się koszulki na guziki i jeden, słownie JEDEN BIUSTONOSZ DO KARMIENIA), bo po domu i tak chodziłam bez.

Warto przemyśleć listę wydatków i nie kupować na zapas. Nie wiemy jak duże dziecko się urodzi (u nas USG pomyliło się aż o kilogram), nie wiemy czy nie będzie mieć na coś alergii, jakie zdobędziemy nawyki przy karmieniu, spaniu i noszeniu.
Na pewno teraz kupiłabym mniej ciuszków, kupowałabym je na bieżąco patrząc na to jak dziecko rośnie. Gondolę kupiłabym używaną, spacerówkę nową i lekką, a fotelik za grubszą kasę i z kompletem odpowiednich atestów. Kołyskę i łóżeczko wybrałam dobrze, używane zestawy, tylko materace nowe, kołderkę uszyła mi koleżanka i to był dobry wybór. Chociaż teraz i tak bym zrezygnowała z kołyski i od początku byłoby tylko łóżeczko, otulacze, bez poduszek i kołder. Moje dziecko miało gdzieś misie szumisie, gwiazdki na niebie i stek różnych bzdur reklamowanych ochoczo przez wiele portali dla mam.

Wniosek: im mniej tym lepiej. Tylko rzeczy niezbędne. Resztę kupować wedle WŁASNYCH doświadczeń. Nie cudzych.

 

5. Błędy karmienia piersią, znowu zamiast specjalistów słucham złotych rad.

To co wiem teraz: smoczek nie jest dobry. Butelka zaburza karmienie. Karmię nie na czas, a na żądanie. Nie ma diety matki karmiącej. Jest więcej niż jedna pozycja do karmienia. I nic tak nie zabija laktacji jak stres, strach i presja innych.
Bardzo szybko podałam dziecku smoczek, no bo tak – przecież każdy radził, że jak dziecko wyje to chce ssać, a jak ja chce odpocząć to na te ssanie muszę dać smoczek. To błąd. Pierwsze tygodnie karmienia się są usłane różami. Bolące piersi, dziecko wisi na cycku non stop, cały czas domaga się ssania. Wtedy myślisz – o matko, dziecko mi się nie najada, mam mało mleka, moje mleko jest bez wartości. Pojawia się pokusa dokarmiania, podania smoczka.

To co zabija laktację to właśnie smoczek i butelka. I ja wiem, że zaraz pojawią się protesty – a ja swojemu dałam i nic się nie działo. To spoko. Fajnie, mieliście szczęście. Jednak faktem jest, że smoczek zaburza ssanie głębokie, butelka rozleniwia i to nie jest sprawa wyssana z palca, a naukowy fakt. I to że u niektórych mam nic złego się nie stało, nie znaczy że u innych nie miało to wpływu i nie załatwiło laktacji na amen.
U nas szybkie odsmoczkowanie było konieczne, bo mały odruch ssania miał zaburzony bardzo mocno. Odebranie maleńkiemu dziecku smoczka było dla nas drastyczne, ale konieczne.

I teraz wiem, że gdybym mogła cofnęłabym czas i w życiu nigdy tego smoczka nie dała, pozwoliłabym wisieć małemu na piersi dzień i noc, bo Kochani… Takie są pierwsze tygodnie karmienia. Dziecko ssanie piersi traktuje nie tylko jako jedzenie, to czas kiedy dziecko wymaga wyjątkowej bliskości, pierś je uspokaja, bliskość i zapach mamy to największy skarb. Do tego mówiąc już czysto medycznie – ten czas jest konieczny żeby rozkręcić laktacje. Dziecko zamawia sobie odpowiednią ilość pokarmu na przyszłość, nawet jeśli ssie na sucho to ma to na celu napędzenie ilości mleka. Jest to wysoce niezbędne i potrzebne, jeśli chcemy karmić piersią długo i skutecznie. Przeżywa to każda mama i jedyne co pozostaje to zagryźć zęby i przetrwać. Najlepiej położyć się z dzieckiem do łóżka, wywalić „bar” na wierzch, przytulać się mocno, a dziecko niech je. Te 4 do 6 tygodni karmienia non stop to kropla w morzu tego co nas jeszcze w życiu spotka, dziecku jest to potrzebne, ba! Nam jest to potrzebne, a gwarantuję, że za rok czy dwa za takimi przytulankami będziemy tęsknić. Bo wtedy jest tak spokojnie, przytulnie, cicho.

Potem kiedy dziecko jest bliżej roczku zaczyna się laktajoga i karmienie odbywa się już na całkiem innych zasadach.

 

6. Rozsądny dobór lekarzy. Pediatra to nie fizjoterapeuta, ani gastrolog, ani tym bardziej chirurg.

Tu mam taką troszkę drzazgę w oku. Jestem osobą pro-nauka. Nie wierzę w brednie w stylu zabobonów, nie bawię się w znachorstwo – a jak dziecko chore to lecę z nim do lekarza. Ale sama sobie pluję w brodę, że tych lekarzy nie zawsze wybierałam… rozsądnie.

Troszkę szłam na łatwiznę, bo zawierzając pediatrze o mało co nie odstawiłam dziecka od piersi w wieku 5mcy (dziecko spadało z wagi), o mało co nie olałabym fizjoterapii dziecka, o mało co nie zaszczepiłabym dziecka z katarem.

Lekarze są różni. Tak jak różni są nauczyciele, księża, policjanci i prawnicy. Każdy człowiek popełnia błędy, ludzie mają za sobą różne szkoły, różne doświadczenia, niektórzy chcą się doszkalać, inni ze swoimi praktykami zostali w poprzednim stuleciu.

Bazując chociażby na tej sytuacji:
Pediatra wmawiający mi, że moje mleko nie ma wartości odżywczych, bazował na tym, że moje dziecko przestało przybierać na masie. Bez wykonania badań, bez morfologii z rozmazem, bez sprawdzenia poziomu żelaza, bez sprawdzenia wędzidełka, wkładając dziecku do buzi smoczek i wypisując receptę na drogie i rzekomo specjalistyczne mleko. Do tego zalecono nam przedwczesne rozszerzenie diety, najlepiej na czerwonym mięsie (pomimo zaleceń WHO i wszystkich znaków na niebie i ziemi, że to nie jest dobry czas). Nie pasowało mi tu coś, jednak lektury, z którymi już się obyłam mówią jasno – mleko matki jest zawsze w zapasie, zawsze daje 100% wartości odżywczych i zawsze jest dla dziecka wystarczające. Poszłam do innego pediatry, do jeszcze innego. Otóż żaden nie rozpoznał u dziecka za krótkiego wędzidełka. Żaden nie zauważył zaburzonego odruchu ssania (Karol ssał płytko przez smoczek), morfologię i głębsze badania robiłam sama. Wyszła nam spora anemia. Udałam się do bardzo dobrego chirurga i neurologopedy. Diagnoza: wędzidełko wybitnie krótkie.

Efekt: podcięcie wędzidełka, eliminacja smoczka, masaż języka, suplementacja żelaza. Dziecko w miesiąc nadrobiło zaległe kilogramy I TO Z ZAPASEM!

Zawierzając, że każdy lekarz ma rację popełniłam ogromny błąd. Jako mama powinnam kopać głębiej, ufając własnemu instynktowi, nie dając sobie wmówić starych mitów i pustych fraz. Już dawno nie karmiłabym piersią, może za wcześnie rozszerzyłabym dietę i plułabym sobie w brodę, że tak szybko się poddałam… Podstawą była wiedza, że pediatra nie jest specjalistą od wszystkich chorób, a jeśli potrzebujemy pomocy to kierujemy się do lekarza o konkretnej specjalizacji.

 

7. Profilaktyka w rozwoju i konsultacje z fizjoterapeutami są potrzebne.

Rozejście mięśni prostych brzucha, obniżone napięcie mięśniowe brzucha. Niska jakość wykonania kamieni milowych. Kamienie milowe wykonane z opóźnieniem (biorąc pod uwagę widełki czasowe i oczywistą oczywistość, że dziecko zacznie wszystko robić w swoim czasie).

Mocno wierzyłam, że Karol do wszystkiego dojdzie sam. Że ma czas. Że jak tylko będzie chciał to będzie się obracał na brzuch, potem pełzał, raczkował i chodził. Tak mówiła mama, tata, ciotki i koleżanki. No tak, ale czy takie grono to ludzie, który mają specjalistyczną wiedzę? Nie.

Trafiliśmy w ręce specjalisty i diagnoza buchnęła jak grom z jasnego nieba. Bałam się, bo pomyślałam, że co… że moje dziecko jest gorsze? Czekały nas miesiące rehabilitacji. Każdy mi mówił, że jestem głupia, bo Karol jeszcze ma czas, że ci wszyscy specjaliści to tylko wyciągają z nas kasę. Ale wiecie. Naprawdę rodzina to nie specjaliści w danej dziedzinie i tak jak w jednym bezwzględnie tkwi racja, że dziecka nie wolno szkodliwie popędzać, bo samo osiągnie swój kamień milowy w dogodnym terminie dla siebie. Ale jeśli pojawia się na horyzoncie temat problemów rozwojowych jak u nas, do fizjoterapeuty i na rehabilitacje trzeba iść i to migiem.

Obserwując troszkę świat ubolewam, że ludzie dzielą się póki co na dwie grupy.
Pierwsza to albo totalne olestwo tematu rozwoju i pielęgnacji, czyli przewijamy byle jak, nosimy byle jak, specjaliści to się mylą, bo kiedyś to nie było takich rzeczy, matki wymyślają bo mają za dużo czasu. Jest też druga grupa: wsadzę dziecko w chodzik to zacznie szybciej chodzić, a to tego będę je prowadzać za ręce od 6mca, niech już wie co to życie.
ŹLE!

Marze o takim czasie, gdzie każde nowonarodzone dziecko przejdzie przez ręce neurologa i fizjoterapeuty, który sprawdzi podstawowe rzeczy, nauczy rodzica jak układać dziecko, wytłumaczy że chodzik jest zły, że pchacz jest zły, a przewijając dziecko nie kładziemy mu nóg za głowę, tylko obracamy bezpiecznie na boki. Specjalista, który wyjaśni, że jeśli nie ma żadnych oznak odchylenia od normy – dziecko ma masę czasu na to żeby zacząć chodzić, a my jako rodzice winniśmy stwarzać mu bezpieczne pole do nauki tych czynności, dbając o to żeby rozwój szedł swoim rytmem, stwarzając mu odpowiednie okoliczności do tegoż rozwoju. Że wsadzając w chodzik czy ciągnąc za ręce mu zwyczajnie szkodzimy. Ale co ważne – marzę o tym, żeby specjalista mógł pokazać otwarcie – no proszę Pani, Pani dziecko ma obniżone napięcie tu czy tam, warto z nim poćwiczyć jeśli chce Pani uniknąc późnijeszych wad postawy, bo to że Pani dziecko zaczeło szybko obracać się na brzuch to nie zawsze powód do chwalenia się, bo mogło to zrobić przez za wysokie napięcie lub robić to bardzo źle jakościowo. A to już serwuje mu problemy z kręgosłupem na dalsze lata.
Zmierzam głownie do tego, że sama gdybym mogła cofnąc czas – szybciej poszłabym do specjalisty, szybciej zaczęłabym ćwiczyć, pomagając mojemu dziecku rozwijać sie dobrze.

Zamiast leczyć, wolę zapobiegać.

8. Bo w internecie jest dużo dobra, ale jest też dużo bzdur.

Chyba każda mama, kiedy zachodzi w ciąże dołącza do grup mam. Mamy ze stycznia, mamy z kwietnia, mamy z listopada. Mamy KP, mamy MM, mamy BLW. Tego jest tyle, że aż brakuje czasu żeby zliczyć.

Sama złapałam się w sidła i dołączyłam do wielu grup, w kilku czynnie się udzielałam, na innych siedziałam i czytałam, nic więcej.

I szukałam wiedzy w internecie, oj tak szukałam. A ileż ja bzdur przeczytałam? Głowa mała. Grupy mam, gdzie chodzi tylko o to, żeby pochwalić się tym kiedy moje dziecko chodzi, mówi, rysuje? Byłam tam. Kobiety najczęściej siedzą tam tylko po to żeby się czymś pochwalić, a inną mamę zgnoić. Grupy, gdzie powiela się mity, takie jak własnie diety mam karmiących, polecanie chodzika, grupy gdzie mamy leczą się same zamiast iść z dzieckiem do lekarza? Też tam byłam, a co ja się nawkurzałam to moje. Grupy, gdzie jedna matka pluje wirtualnie w twarz innej matce? Oj tak, to jest norma. Czasem macierzyństwo chyba odbiera kobietom rozum i potrafią wypisywać do siebie takie rzeczy, że nie mieści się to w głowie i w życiu nie pomyślałabym, że takie rzeczy umie powiedzieć kobieta.

I teraz mój hicior. Raz sama pisałam post o tym, że mam problemy z małym, bo odkąd skończył rok stał się tak ogromnie atencyjny, że nie umiem sobie z nim poradzić, że nie rozumie słowa nie, nie wolno. Jakie rady otrzymałam? Wlej mu w tyłek to zrozumie. Bij go po rękach jak po coś sięga. Zmroziło mi to krew. Uciekłam, płakać mi się chciało, kiedy czytałam, że nadal tak wiele kobiet wierzy, że klaps to metoda wychowawcza…

Teraz wiem, że grupy mam (nie wszystkie, ale niestety dobre 80%) to niezłe raczysko internetu. Miejsce gdzie się dołowałam, a bo to moje dziecko robi coś wolniej, jest gorsze, miejsce gdzie czytałam bzdury, mity wyssane z palca i ze zgrozą widziałam, jak jedna mama drugiej mamie te mity wmawia. Miejsce gdzie nadal hołduje się zasadom leczenia 40stopniowej gorączki wsadzeniem dziecka na trzy zdrowaśki do pieca. Miejsce pełne babskiego jadu i hejtu.

Ale!
Są też miejsca złote. Bo tak, trafiłam na grupy wsparcia pełne miłości, radości i chęci pomocy. Trafiłam też w miejsca, których urzędują specjaliści, jak na przykład CDL, lekarze, takie miejsce jak Kwartalnik Laktacyny. Z tych miejsc wyciągnęłam ogromną naukę, ludzie tam mówili do rzeczy. Tam dowiedziałam się jakie kroki podjąć kiedy moje dziecko przestało tyć, tam otrzymałam rady na temat karmienia piersią. Są tez grupy fizjoterapeutów, grupy ćwiczeń metodą Vojta, z której wyciągnęłam solidną porcję NAUKOWYCH FAKTÓW.

Chodziłam po stronach/poradnikach gdzie czytałam tak okrutne i szkodliwe opinie, ale byłam też na stronach Hafii, dzięki której uwierzyłam w moc mojego mleka. Oglądałam videoblogi, streamy live pełne dobrej i potrzebnej wiedzy. Zresztą bez tej wiedzy też nie byłabym taka mądralińska w tym poście…

Internet jako miejsce pozyskania informacji? Tak. Ale zawsze z głową i nie w każdej sytuacji. A czas poświęcony na szkodliwych forach mam warto poświęcić na zabawę z dzieckiem i wsłuchanie się w jego potrzeby, obserwację znaków, jakie nam dziecko daje.

9. Nauka proszenia o pomoc to trudna lekcja.

Kiedy zostałam mamą obiecałam sobie, że będę nadal zadbaną kobietą sukcesu, na równi z wychowaniem dziecka postawiłam chęć rozwoju i kariery. I wiecie, całkiem nieźle mi to szło. Całkiem nieźle do czasu, czasu kiedy moje dziecko głownie spało, jadło i robiło w pampersa. Potem zaczęły się schody.

Nieprzespane noce, brak czasu na wiele spraw, poniekąd uwiązanie w domu, bo mąż w pracy, a jeśli ja mam służbowy wyjazd to z kim dziecko zostawić.

Byłam dumna, ach jaka ja byłam zadufana w sobie, bo przecież ja jestem niczym Wonder Woman i przeniosę góry.
No nie, nie przeniosłam.

W pewnym momencie padłam jak kawka i poczułam, że moje baterie się wyczerpały. Ale nadal moja duma i zadarty nos nie pozwoliły mi zadzwonić do kogoś i poprosić o pomoc.

Musiałam do tego dojrzeć, bo zanim wykonałam pierwszy telefon z zapytaniem: „Cześć, czy mogłabyś zabrać Karola na parę godzin do siebie? Nie mam sił, muszę iść spać” obgryzłam wszystkie paznokcie i zjadałam własne wargi. Zanim poprosiłam kogoś o pomoc przy sprzątaniu czy gotowaniu, zanim dotarło do mnie, że doba ma tylko 24h, wyżej dupy nie podskoczę i muszę być radosna, wypoczęta i spełniona, nie tylko dla siebie, ale też DLA MOJEGO DZIECKA. Zanim to zrozumiałam upłynęło wiele wody.
Wiem, że każda z nas chce dać dziecku sto procent siebie, ale teraz, po tym roku wiem, że nie da się łapać miliona srok za ogon.

Teraz umiem poprosić męża o to, żeby w weekend to on spał z dzieckiem. Chcę zadbać o siebie i iść do kosmetyczki – dzwonię do przyjaciółki i proszę czy nie przyjedzie po Karola. Muszę popracować w ciszy i spokoju? Odsyłam dziecko na jeden dzień do kogoś kto da radę go ogarnąć. Chcę zwyczajnie iść do wanny, poleżeć i podłubać w nosie? Proszę, po prostu proszę o pomoc. Schowałam dumę do kieszeni bo wiem, że każdy człowiek ma swój limit wytrzymałości, a ja już swój niebezpiecznie przekroczyłam.

I w pełni rozumiem, że często nie ma obok nas bliskich, którzy mogą pomóc. Mąż w delegacji, mama daleko, teściowa nie ma czasu, siostra czy brat mają nas gdzieś. Idźmy dalej, zagadajmy z koleżanką, z sąsiadem, znajdźmy opiekunkę, nie bójmy się zrobić pierwszego kroku. Jestem przekonana, że to nasz strach powoduje że błędnie i z góry zakładamy, że nikt nam nie może podać dłoni. My po prostu boimy się pytać, boimy się oddać dziecko, wypuścić je spod naszych, bezpiecznych i najlepszych skrzydeł. To bardzo źle, że zakładamy, że jak jest dziecko to już nie ma niczego poza nim. A potem za pare/parenaście lat budzimy się z ręką w nocniku. Bo nie pracowałyśmy, nie rozwijałyśmy się, nie robiłyśmy niczego dla siebie i zostajemy troszkę… z niczym? Nie wiemy co z sobą począć, w domu pusto, a my nie wiemy czym się zająć.

Nie wolno się bać, a na świecie chodzi mnóstwo osób, które bez mrugnięcia okiem nam pomogą. Po prostu otwórz się. I zapytaj.

10. Mniej myśleć, więcej czuć.

Kiedy dowiedziałam się, że będę mamą założyłam, że moje dziecko będzie bezwzględnie wdzięczne, bezwzględnie grzeczne i bezwzględnie poukładam wszystko tak, że będziemy chodzić jak w zegarku. Oj Paulina, jaka ty głupia byłaś.

Posiadanie dziecka nauczyło mnie, że życie z nim to jest jedna wielka jazda bez trzymanki i wszystkie moje plany są psu na budę, bo moje dziecko to suwerenna i myśląca jednostka. Ono ma własny plan na dany dzień, a już tym bardziej na noc (6 miesięcy na deficycie snu – pozdrawiam). Zakładając z góry, że wszystko musi być po mojej myśli zderzyłam się ze ścianą i teraz widzę, że to brak wiary w możliwości moje, mojego dziecka i trochę brak szacunku do tegoż dziecka, bo swoim twardym podejściem obcinałam mu skrzydła i nie dawałam szansy temu, że wiele rzeczy musi dziać się naturalnie i po swojemu.

Straciłam czas na bezcelowe planowanie, bo tak jak rytm dnia u dziecka to rzecz święta i trzymam się jak nikt inny, tak plan na to, że moje dziecko musi w danym miesiącu siedzieć, w innym mówić, w jeszcze innym układać klocki jak światowej klasy architekt to była jedna wielka bujda. Straciłam czas, który mogłabym poświęcić na to, żeby dać okazję mojemu dziecku, aby samo wybierało drogę i czas w którym podejmie jakiś krok. Zamiast bawić się z nim i czerpać z każdej chwili razem czekałam na te wielkie momenty, nie rozumiejąc że moje dziecko ma moje oczekiwanie w nosie i ono i tak zrobi wszystko po swojemu.

Traciłam czas myjąc jak szalona podłogi parę razy na dzień, w strachu że przecież mamy psa i tam jest tyle bakterii. Traciłam nerwy kiedy moje dziecko weszło w czas rzucania wszystkim wszędzie podczas jedzenia, złościłam się: czemu ty nie jesz, czemu rzucasz brokułem w psa. Przekopywałam fora, znowu te diabelskie fora w poszukiwaniu wiedzy na temat nauki snu, kiedy Karol spał słabo, czytałam poradniki trenerów snu, którzy w brutalny sposób i często szkodząc dziecku radzili, aby wypłakiwać dziecko aż się zrzyga i zaśnie.

Zobaczcie jaka teraz jestem mądra, teraz już to wszystko wiem. Że mózgiem dziecka rządzi biologia i chemia, że do wszystkiego dziecko musi dojrzeć, a ja jedyne co mogę zrobić to stwarzać mu dobre okazje do poznania świata. Że pierwszy krok wykona wtedy kiedy poczuje się gotowy, że wcale nie musi lubić klocków, może bardziej lubi muzykę. Że nie pokocha nagle brukselki, a czasem jedyne co chce jeśc to suchy chleb, jak koń.

Musiałam zrozumieć, że mój syn to człowiek, taki jak ja i ty, ma swoje upodobania, swój rozum i swoje pragnienia i ja jako mama jedyne co mogę zrobić to iść za nim, troszczyć się o niego, pozwolić mu rozwijać się własnym tokiem, pokazać mu co to dobro, a co zło, ale nie wymagać, że od razu zrozumie wszystko.

Zamiast tracić czas na zamartwienia, mogę dać dziecku siebie. Dać mu miłość i opiekę, a przede wszystkim – pełne zrozumienie.

Pierwszy rok macierzyństwa - co bym zmieniła?

Pierwszy rok macierzyństwa nie był idealny – bo ja nie byłam ideałem.

Rodzimy się głupi i głupi umrzemy. Nie całkowicie głupi, ale nadal niepełni wiedzy i pewności, że kroki które wykonujemy są właściwe. I co ważne, czy te kroki sa właściwe dla nas, bo mając dziecko dostrzegłam, że to co dla innych jest dobre, wcale nie musi być takie samo dla nas.

Bycie mamą to dla mnie szkoła jakiej nigdy nie przeżyłam, przewartościowałam się całkowicie, wiele rzeczy odpuściłam i sporo spraw poukładałam w głowie. Zmiękłam. Ale też wiele rzeczy doceniłam.

Oczywiście, gdybym mogła cofnąć czas zmieniłabym tak wiele rzeczy, ale jak wszyscy wiemy – nie jest to możliwe. Pozostaje mi jedynie wyciągać lekcję ze swoich błędów, najpierw z tego pierwszego roku, potem z wielu kolejnych, bo przed nami przecież bunt dwulatka, trzylatka, siedmiolatka, siedemnastolatka.

Jaką mamą będe za parę lat?

Nie wiem, zobaczymy jakie lekcje z życia wyciągnę. Wiem za to jaką mamą jestem teraz. Dużo więcej we mnie zrozumienia, więcej ogłady, mniej powściągliwości i surowości, jestem bardziej „pluszowa” niż wcześniej, ale bardziej zdeterminowana.
Zdeterminowana, bo nadal chcę przenosić góry, chociaż już może z małą pomocą innych, nadal chcę żeby moje dziecko było kimś (a która mama nie chce?), nadal chcę być silna, rozsądna, ale myślę mniej… zerojedynkowo? Tak, to chyba dobre sformułowanie.

Chcę być dobrą mamą, bo dla małego Blebluta jestem całym jego światem.

3 thoughts on “Pierwszy rok macierzyństwa – co bym zmieniła?

  1. Świetne podsumowanie! Żeby odpowiedź Ci na to musiałbym napisać coś podobnie długiego jak Ty. Jedyne co powiele to zdanie „Posiadanie dziecka nauczyło mnie, że życie z nim to jest jedna wielka jazda bez trzymanki i wszystkie moje plany są psu na budę, bo moje dziecko to suwerenna i myśląca jednostka.” To idealnie pasuje jako hasło przewodnie dla przyszłej mamy! Ale i tak każdy musi sam do tego dojrzeć ! Powodzenia w kolejnych latach !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Follow by Email
Facebook
Facebook
Pinterest
Pinterest
Instagram