#niekupujadoptuj

Jedziemy samochodem. Ale fajnie, pewnie czeka nas park, długi spacer, ja, Pan i Pani. Pani ma większy brzuszek niż zwykle, czuję że to coś znaczy. Że znaczy to coś naprawdę ogromnego. Pan głaszcze ten brzuszek, mówi do niego. Hm, ciekawe co w nim siedzi. Ale jedno wiem.
Cokolwiek to jest - ja już to K O C H A M.

Zatrzymujemy się? To już park? Będzie patyk, będzie piłka, będzie drapanie za uchem?
Chwila. Czemu Pani nie wysiada? O - mój kochany Pan, niech weźmie Panią pod rękę, pójdziemy razem jak zwykle. Dlaczego Pani odwraca wzrok?

Hej, chwila! Dlaczego mnie szarpiesz. Dlaczego ciągniesz tak smycz? Boję się. Co się dzieję? Hej, twoje oczy są inne niż zwykle. To nie park, to droga, las, gdzie my jesteśmy? Trzask drzwi. Gdzie mój Pan? Samochód rusza? Czy Pan tam jest? Moja rodzina! Moja rodzina odjechała. Nie zostawiajcie mnie tu, boję się, dlaczego to się dzieje. CO SIĘ DZIEJE?!
Czekajcie na mnie, czekajcie proszę. Byłem niegrzeczny? Co zrobiłem? Czekajcie! Biegnę co sił, biegnę i biegnę, odjechali tą drogą, nie przestanę biec chociaż bolą mnie łapki. Szczypią, asfalt jest tak gorący, bardzo gorący. Zostawiam za sobą krwawe ślady, ale nadal biegnę. Rodzino, kocham Was, dogonię Was, tak bardzo Was potrzebuję. Będę biegł, znajdę Was, chociaż nie mam już sił. Tak chce mi się pić, tak bolą mnie łapki, rodzino gdzie jesteście? Kocham was, potrzebuję was, jestem taki bezbronny.
_____________________________________

Co roku w Polsce porzuca się około 90000 psów. CO ROKU.
Schroniska pękają w szwach, brakuje rąk do pracy, a nowych psów wciąż przybywa. Zdrowe, chore, małe, duże, z jednym okiem, bez jednej łapy, z epilepsją, z chorym sercem, młode, stare, w kwiecie wieku. 10% z nich umiera w samotności w swoim boksie. Niewielki odsetek dostaje nowy dom i nową przyszłość. Wiele po adopcji wraca, bo pogryzło kanapę, zasikało dywan, próbowało ugryźć, wyje i hałasuje.
Około 80% schronisk nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego standardu psom i kotom ze względu na przepełnienie (oczywiście, są też zwykłe zaniedbania wynikające ze złej woli człowieka). A skala bezdomności zwierząt nadal wzrasta (od 2005 do 2017 roku wzrosła o 25%).
Wakacje to prawdziwe żniwa, ilość porzuceń wzrasta o ponad 30%, drugie miejsce zajmują miesiące poświąteczne.
Ludzie traktują psy jako zabawkę, jako balast, który nie pasuje już do rodziny, bo nie da się go zabrać na Karaiby, bo zasikał dywanik, bo jak podrósł to już nie jest taki słodki.

Świat marnieje. My marniejemy.
Jest coraz gorzej.
________________________
Jestem zmęczona. Jest ciemno. Brzydko pachnie. Wstyd mi, ale muszę załatwiać się koło legowiska, niewiele widzę, a tu jest tak ciasno. Jest mokro, kapie mi na głowę. Wokół jest krew, moja sierść od niej się klei.
Jestem zmęczona, brudna, ale szczęśliwa. Powiłam sześć szczeniąt. To już piąty raz, chociaż nie skończyłam jeszcze czterech lat. Może w nagrodę dostanę coś jeść? Nie jadłam już 3 dni... Bardzo chciałabym żeby ktoś nas przytulił, byłam dzielna, prawda?

Z a w s z e   j e s t e m!

Słysze twój głos, kochany człowieku, słyszę twój głos!

Taaaak, kundel urodził. A daj spokój, już myślałam że zdechnie ale dała radę. Co? Nieee, tym razem 5 sztuk, dobry miot co nie? Hehe, maszyna nie do zdarcia z tej suki. Dobra, to wstawiaj na olx ogłoszenie. To co zawsze pisz. Sprzedam rasowe szczenięta labradora. Papiery? Co papiery? Heniek już załatwił, jego kumpel na lewo sprzedaje. A właśnie, jeden kundel, taki najmniejszy jest jakiś krzywy. Nie wiem, może nie zdechnie. To weź zrób ogłoszenie na niego, napisz że oddam za darmo, jak coś to potem smycz za 500zł hehe. Co? Nie, ta druga suka rodzi dopiero za miesiąc, o ile nie padnie. Ale mam rezerwacje, oby głupi kundel dał radę, obiecałem dzieciom w tym roku wycieczkę na Cypr...
____________________________
Pseudohodowla. Dla wielu to po prostu miejsce kupna szczeniaków, które wyglądają jak rasowe. Wyglądają - słowo klucz - bo o ich drzewie genealogicznym nie wiemy nic. Podrobione rodowody lub certyfikaty wystawiane przez stowarzyszenie no name. Miejsce gdzie suka jest maszyną do rodzenia i zarabiania pieniędzy. Gdzie nie rodzi godnie, ona PRODUKTUJE szczenięta, bardzo często parowana z samcem, którego pochodzenie, historia zdrowotna i drzewo genealogiczne to czarna magia. Jeszcze częściej parowana z własnym rodzeństwem.
Pseudohodowla to fabryka bólu i śmierci.
Zwierzęta rozmnażane są tam niepoprawnie, bez nadzoru weterynarza, w związku z czym mają bardzo dużo wad genetycznych. Czasami zwierzęta są pozornie zdrowe, czasami są sprzedawane z książeczkami zdrowia, mają jakieś szczepienia. Natomiast chów wsobny czyli krzyżowanie spokrewnionych osobników powoduje, że w drugim, trzecim pokoleniu następują nieodwracalne zmiany. Te psy mogą mieć zmiany w psychice. One będą dziedziczyć wszystko co najgorsze. I te najgorsze cechy będą potęgować się z każdym rozrodem. Suki rodzące są obciążone, zmęczone, chore.
Ale pseudohodowla to też miejsce, gdzie pies owszem - jest kochany i szanowany - za to podejście do rozmnażania jest na zasadzie: sąsiad ma psa, no to dawaj. Zatem czy kupując psa (może i za niższą cenę), nie chciałbyś aby pies był zdrowy, wesoły? Czy jednak wolisz kupić kota w worku? Skąd wiesz czy pies sąsiada był rodowodowy? Czy był zdrowy? Czy suka jest zdrowa? Czy oboje rodziców nie są obciążeni genetycznie?
I nie, nie każda suka musi mieć młode. Nie, nie będzie się cieszyć, jak spiknie się z psem sąsiada.
Pies to nie człowiek. Nie ma takich potrzeb.
A rozmnażanie i handel psami poza hodowlami zwierząt zarejestrowanych w ogólnokrajowych organizacjach społecznych, których statutowym celem jest działalność związana z hodowlą rasowych psów i kotów jest zwyczajnym przestępstwem. Warto zwrócić tez uwagę na 'papier" i to jakie jest to stowarzyszenie, są oczywiście tez takie, które walą przekręty, ale jeśli zależy ci na rasowym psie to zależy ci tez na tym, aby nad rozmnażaniem czuwał lekarz weterynarii i genetyk.
Naprawdę chcesz takiego psa kupić? A czy wiesz, że takich psów też jest w schronisku ogrom? I TO ZA DARMO?
_______________________________
Urodziłam się wraz z trzema siostrami i jednym bratem. Nie miałam domu, spałam na dworze, pod drewnianą wiatą, wtulałam się w mamę. Rzadko jadłam, w zasadzie ostatnio wcale. Chyba byłam niegrzeczna, bo często przychodził Pan i nas bił. Mama stawała w naszej obronie, ale wtedy obrywała podwójnie. Pan pachniał alkoholem, przychodzili do niego inni panowie i też nas bili. Pewnego dnia było inaczej, przyszły dwie Panie, których jeszcze nie znałam, zaczęły rozmawiać z naszym Panem, mówiły coś o sterylizacji mamy, że ją sfinansują, coś o przekazaniu szczeniąt jeśli się zgodzi. To chyba było o nas. Panie pachniały ładnie, miały gładkie i ciepłe dłonie, uśmiechały się, mama była przy nich spokojna. Obiecały, że po nas wrócą. Tego samego dnia przyszedł Pan, znowu brzydko pachniał, chwiał się. Nachylił się nad nami, odtrącił mamę. Potem zrobiło się ciemno...
Obudziłam się. Było zimno. Było ciasno. Brakowało mi powietrza. Mój brat nie ruszał się, nie oddychał. Siostry skamlały. Szczekałam. Bardzo głośno szczekałam. Proszę, niech ktoś mnie usłyszy...
Światło. Ciepłe i pachnące dłonie. Podnoszą mnie, głaszczą, mówią że będzie dobrze. Rozglądam się, widzę worek. Wyciągają z niego moje siostrzyczki. Brat nadal się nie rusza. Pani o cudownych dłoniach mówi mi, że teraz już będzie dobrze. Że dzisiaj będę mieć nową mamę.
Spotkałam ją. Moja nowa Pani, przytuliła mnie. Chyba płakała. Obok niej był też inny Pan, miał taka dużą brodę, zaczepiłam o nią pazurkami. I z nimi jest też inny piesek, suczka. Duża, czarna. O kurcze, czy to moja nowa siostra? Jest mi ciepło. Jest mi dobrze.

Teraz to ich dłonie są najlepsze na świecie.
Mam swoich ludzi. Bo jestem d o b r y m   p s e m!
___________________________________

Po co ten post?

Bo chyba dopiero teraz zaczynam zmierzać do celu...
Adoptowałam w życiu dwa psy. Korę i Eris. Kora jest z nami do dziś i błagam los, żeby była z nami jeszcze wiele lat. Eris już nie ma. Fizycznie nie ma, bo ja w sercu noszę ją ciągle. Ale u mego boku niestety jej zabrakło. Kochanej, malutkiej i cudownej Eris. Kiedy była z nami... Och, była najwspanialszym psem pod słońcem.
Każdy kolejny pies też będzie z adopcji, no może poza dobermanem, którego planuję za parę lat, ale podstawą jest bardzo dobra hodowla. Kiedyś pewnie napiszę dlaczego akurat taka rasa, ale to nie ten czas ani miejsce.

Jak wyglądały moje doświadczenia związane z adopcją psów?
Czy adopcja jest dla każdego?

Jak wygląda procedura adopcyjna?

Podstawą w decyzji o wydaniu psa jest sumienne sprawdzenie potencjalnego, nowego domu. Chodzi w tym wypadku o sprawdzenie warunków bytowych i o to czy osoba, która psa chce adoptować wzbudza zaufanie. Bardzo ważne na pewno jest ogrodzenie, jeśli pies miałby mieć ogród, wysokość piętra jeśli chodzi o mieszkanie, warunki ogólne, oczywiście finansowe też, wiek potencjalnego opiekuna. Ważne jest to czy w domu są dzieci, w jakim wieku, jaki zawód wykonują potencjalni opiekunowie, w jakich godzinach. Czasem przeprowadza się wywiad środowiskowy, np. z sąsiadami.
Tak tak, znajdą się schroniska, które wydają psy bez wizyt adopcyjnych czy chociażby wywiadu, pytanie czy to dobrze?

Cóż, może dzięki temu więcej psów znajdzie dom. Ale czy zawsze jest to dom dobry?
Często schroniska urządzają spotkania socjalizujące, co jest fenomenalną okazją na poznanie psiaka, nawiązanie kontaktu, pies pokazuje swój charakter, poznaje sytuację dzięki czemu łatwiej wprowadzić go w nowy dom.
Prawidłowo funkcjonująca procedura adopcyjna powinna kończyć się umową, gdzie zawarte są takie informacje jak: konieczność sterylizacji, zobowiązania, dane psa i nowego opiekuna.

Po co tyle zachodu?

Często słyszę, że schroniska upadły na głowę i przesadzają z procedurami.
Hm, ciężko mi się do tego obiektywnie odnieść, bo mimo tego, że coś tam o psach wiem, miałam ich w życiu kilka - odmówiono mi wydania psa.

Dlaczego?

Otóż chodziło o sterylizację Kory, mieliśmy umówiony termin, ale była jeszcze 2 miesiące przed zabiegiem. Byłam zła, bo przecież miałam już ustalony dzień zabiegu, od początku mówiłam, że pies będzie po sterylizacji, a nowy piesek nie zdąży nic z nią "zrobić" (to był samiec). Dopiero potem do mnie dotarło: dlaczego Panie w schronisku mają mi wierzyć? Nie znają mnie, nie wiedzą czy na pewno mam dobre zamiary. A procedura to procedura. Zasady są jasne. To, że ja jestem siebie pewna nie znaczy, że każdy mnie tak postrzega. W oczach wolontariuszy jestem tylko randomową postacią, ani mniej ani bardziej przekonywującą od ludzi, których na co dzień mijamy na ulicy.

Skąd brak zaufania?
Wiecie jak ogromna ilość psów wraca z adopcji? Ile razy człowiek zawiódł i przy rutynowej kontroli wychodzi na jaw, że adoptowany pies wcale nie żyje w dobrych warunkach? Bardzo często ktoś nie daje sobie rady w opiece nad psem ze schroniska, bo to jednak psy po przejściach, a nie każdy mierzy siły na zamiary. Pojawia się zasikana kanapa, zjedzony stół, zerwane linoleum, do tego sąsiedzi skarżą się, że pies wyje podczas nieobecności opiekuna. I co dalej? Pies wraca - znów z ciepłej kanapy za kratki.

Pójdźmy dalej. Pies trafia w nieodpowiednie miejsce, w ręce złego człowieka. Jest bity, cierpi katusze. Dostaje lanie, że nie zrobił dokładnie tego czego chciał nowy opiekun. Gorsza wersja? Pies jest w typie rasy lub rasowy (takie zresztą szybciej znajdują nowy dom) i trafia do pseudohodowli. Wyobraźcie sobie co czuje psie serce, które z jednego bagna wpada w kolejne. To łamie psychikę, naprawdę trudno wyprowadzić potem takie zwierzę z problemów behawioralnych, jeszcze inne może problemów nie mają, ale powoli... gasną.
I tak, wiele razy pomyślałam sobie, że tyle psów mogłoby mieć dom gdyby nie krytyczne oko w schroniskach i fundacjach. Że przesadzają, że łatwiej adoptować dziecko niż psa (to tylko metafora, nie chce nikogo urazić), że przepełnione schroniska to wina zarządzających bo psy nie są wyadoptowane.

Tak, zgodzę się że i tak bywa, bo tam gdzie człowiek, tam są pomyłki. Tak samo pomyłka pojawia się przy decyzji gdzie pies znajduje dom, bo mimo procedur - ludzie nadal są świetnymi aktorami i udaje im się wiele ukryć.

ALE!

Szerokie i solidne procedury adopcyjne nie są po to żeby wkurzyć człowieka, a JEDYNIE po to, żeby pomóc psu. I żeby zapobiec tragedii. W sensie... wiecie, kiedy wolontariusz zna psa, opiekuje się nim, w końcu pies dostaje nowy dom - po czym z tego domu wraca z głupiego powodu, lub co gorsza - wraca skatowany... Wierzcie mi, to hartuje. Serce i duszę hartuje. I powoduje bardziej radykalne podejście w kwestii wyborów i decyzji.
Uważam, że to dobrze.
Sami czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, czy w ogóle jesteśmy gotowi podjąć się opieki nad zwierzęciem, wielu ludzi nie umiałoby wychować nawet pasikonika, a co dopiero psa po przejściach. Osobiście uważam, że ogromna ilość ludzi w ogóle nie powinna mieć w domu psa. Tak zwyczajnie, bo nie są na to gotowi, często nigdy nie będą. I marzę o tym, żeby kiedyś zaczęto przeprowadzać jakieś... sama nie wiem, badania psychologiczne osobom, które zamierzają podjąć się opieki nad psem, bo wielu z nas w o ogóle nie zastanawia się nad tym, czy jesteśmy gotowi na taki przełom w życiu. Wielu ludzi nadal myśli, że pies to zabawka, albo świetny prezent, że pies wychowa się sam, a jak się nie wychowa to myk go na łańcuch. Wielu z nas nie ma pojęcia ile kosztuje leczenie psa, że kwestia podróży po świecie też zaczyna być ograniczona, a nie zawsze potem jest z kim psa zostawić, bądź pies będzie na takie coś źle reagował.

W gruncie rzeczy wielu z nas KOMPLETNIE nie nadaje się na opiekuna psa ze schroniska. Dlaczego?

KTO NIE POWINIEN ADOPTOWAĆ PSA:

1. Osoba, która nie jest na to gotowa finansowo. Pies to koszty, często nie małe. Sterylizacja - jeśli nie została wykonana w schronisku - jest konieczna, ewentualne choroby psa to nie są przelewki, a nie ma NFZ dla psów, niestety.
2. Osoba, która nie ma cierpliwości, przywiązuje ogromną uwagę do rzeczy materialnych, osoba, która nie jest gotowa na prace z psem. W większości przypadków psy w schronie to psy ze złymi doświadczeniami. Bite, głodzone, trzymane w złych warunkach. Nie są nauczone tego, że leżą, pachną i się pięknie prezentują. Takie psy wymagają nauczenia ich wszystkiego od nowa. Żelaznych nerwów opiekuna. A ten opiekun musi też chcieć działać. Często wymagany jest kontakt z behawiorystą - pies stresy może odreagować agresją, niszczeniem, podsikiwaniem. Tutaj znów warto zerknąć na punkt pierwszy - koszty. Behawiorysta nie pracuje za darmo, ale można skontaktować się z fundacjami, które pomogą znaleźć dobrego specjalistę. I tak, to mało przekonujące w kwestii idei #niekupujadoptuj, ale pies ze schronu może być bardziej problematyczny. Ale czy to znaczy, że nie zasługuje na miłość?
3. Osoba, która nie lubi aktywności. Każdy pies, powtarzam KAŻDY, nawet potulny mops, mały pudelek czy strojny shitzu potrzebują aktywności. Dworu. Biegania. Patyka. Ale każdy pies jeszcze bardziej potrzebuje PRACY! Tak! Pies kocha pracować, ruszyć głową, kombinować. Psy są nie tylko po to, żeby nam towarzyszyć, ale bądź co bądź - mają też coś dla nas robić. Jeśli nie chce ci się cztery razy dziennie wychodzić z psem i organizować mu czas, wymyślać zabawy, ukrywać smaczki żeby pies mógł tropić i uczyć go nowych sztuczek - pies nie jest dla ciebie. Nie tylko ten ze schroniska. Wtedy żaden pies nie jest dla ciebie.
4. Osoby, które chcą psa jako prezent. Tutaj nie ma się co rozwodzić. Jeśli chcesz dać dziecku psa pod choinkę czy na urodziny - daj mu maskotkę ze smyczą i każ wyprowadzać na dwór w deszcz, śnieg, upał. Jeśli wytrzyma miesiąc - wtedy wróć do tematu prawdziwego psa.
5. Osoby, która ma w domu małe dzieci. W sensie... bardzo małe. Jestem mamą 8mcznego dziecka i wiem, jakie to absorbujące. Nie wyobrażam sobie przyniesienia do domu psa, kiedy Karol miał np. miesiąc. Po prostu nie. Teraz jest łatwiej, ogarnąć życie, dlatego temat drugiego psa pojawia się w domu, ale cóż... Zabrzmi to próżnie - ja już z adopciakami mam doświadczenie i myślę, że łatwiej mi będzie ogarnąć temat, ale pozostaje inna kwestia. Nauki. Bo trzeba dziecko nauczyć do psa i odwrotnie. Myślę, że pies ze schronu ma wystarczająco dużo przeżyć i kolejne stresy wynikające z tego, że w domu jest tycie dziecko nie są mu potrzebne. Potrzebna mu miłość i na początku 100% zaangażowania, którego nie da mu np. młoda mama. I na koniec - zagrożenia potencjalne - ugryzienie, przygniecenie dziecka. Niech te dziecko podrośnie - niech zrozumie temat. Wtedy pies jest rewelacyjną szkołą w nauce empatii.

KTO POWINIEN ADOPTOWAĆ PSA?

1. Osoba, która chce uratować pieskie życie. Po prostu. Tu nie chodzi o bohaterstwo, a o zwykłą świadomość - psów w schronach jest za dużo, liczba porzuceń rośnie, tak samo jak liczba psów odebranych interwencyjnie. Możesz pomóc, tak zwyczajnie - po ludzku. Mówienie, o tym, że psy schroniskowe kochają mocniej jest troszkę krzywdzące dla rasowców czy też psów wziętych pod opiekę w sposób... normalny? Naturalny? Ale trochę tak jest. Więź psa po przejściach jest inna, większa, wyjątkowa. To co widać w oczach adoptowanego psa i możliwość oglądania jego metamorfozy to coś niesamowitego.
2. Osoba, której nie zależy ci psie rasowym. Ale zależy jej na tym, żeby czworonożna istota miała swój dom.
3. Osoba, której los zwierząt nie jest obcy. Miłośnik zwierząt, pełen empatii.
4. Osoba, której brakuje towarzystwa lub też chce po prostu powiększyć rodzinę o kolejnego członka w swoim domu. Osoba, która chce codziennie czochrać psie ucho i czuć smród psich łapek (udowodnione naukowo - śmierdzą prażoną kukurydzą)
5. Osoba, która ma czas, chęci, fundusze i przede wszystkim SERCE. Chociaż to się tyczy znów nie tylko psów schroniskowych. Każdy pies na to zasługuje.
6. Osoba, która rozumie, że adopcja to nie przelewki, to nie kaprys ani chwilowy wymysł. Osoba, która chce mieć przyjaciela na całe życie. Pieskie życie.

Jaka była nasza historia?

Najpierw była Kora. Mix beagle z dobermanem - skutek całkowitej nieodpowiedzialności opiekunów. Brak opieki nad psami i pozostawienie ich samym sobie dał owoc tej... miłości - 3 szczenięta. Biały, łaciatek i czarna kulka. No bo po co psa sterylizować, tak? Po co psa pilnować? Po co w ogóle brać za coś odpowiedzialność? (przypominam, że rozmnażanie psów poza hodowlami jest wysoce niewłaściwe). I tym sposobem powstał płacz i lament, a szczenięta kopa w pupę i szukajcie im domów. Jakby mało było już na świecie psów, szczególnie tych bez domów.

Tak trafiła do nas Kora, czarna i gruba kulka. I zaczęła się jazda. W wielkim skrócie: dom zasikany (i nie tylko), meble zjedzone, sąsiedzi wściekli, no bo pies wyje. Ale ja walczyłam, walczyłam z całych sił i wychowałam ją na dość rozumna istotkę, która teraz szczerze kocha nas, naszego syna, jest wierna, mądra i ma usposobienie filozofującej, leniwej starej babci. Ale to w tym psie kocham. Jej "tumiwisizm". Jej spokój. I to jak na mnie patrzy. Bo patrzy tak, że ja wiem. Wiem, że mnie kocha i wiem, że dobrze jej z nami. Spojrzenie warte pieniędzy całego świata. To jest moja mała duma, że udało mi się dostosować psa do nas, a nas do niej, mimo początkowych przeciwności (początek to dla nas w zasadzie pierwsze dwa lata, bo to tego czasu były z nią różne przygody). I chociaż nie miała się na początku życia źle, bo w zasadzie jako szczenię trafiła do nas - boję się o jej los gdyby zaczęła od schronu. Znając jej charakter podejrzewam, że zamknęłaby się w sobie, schowała w boksie, poddała. Bo to właśnie taki pies. O usposobieniu anioła, ale wymagająca wyjątkowej bliskości, pies lekko wycofany, który bez człowieka nie do końca wie jak sobie poradzić.

Potem była Eris. Trafiła do nas już jako podrostek, miała około 20 tygodni, więc swoje w głowie już zakodowała. Tu już problemy sięgnęły zenitu, bo ona była psem... charakternym. I po przejściach. Nigdy nie zapomnę tego jak popuchły panele, bo sikała gdzie popadnie, na początku ze strachu, potem bo chciała mi coś zakomunikować. Zjadała własne kupy, do dziś nie wiemy czemu, podobno ze strachu, że oberwie za obudzenie ziemi, może dlatego że była tego nauczona - głodowała zanim do nas trafiła, jadła wcześniej co popadnie. Ach co ja się nasprawdzałam, może brakuje jej minerałów i witamin? Nie, to były jej emocje, pamięć, reakcja. Kiedy kupiliśmy nowe meble - po 3 dniach je zniszczyła. Byłam taka wściekła. Ale wiedziałam - pisałam się na to, wiedziałam że biorę psa po przejściach i będzie potrzebowała czasu i mojego zrozumienia.

Wielokrotnie byłam na nią zła, ale wiecie - tak okropnie zła, a to mandat za szczekanie, a to znowu coś pogryzła, potem wydane krocie na nowe meble, kombinowanie - musimy znaleźć behawioryste, bo przecież tak nie da się żyć. Ale teraz? Ile ja bym oddała żebym mogła się nadal na nią złościć, wściekać, nogami tupać, te negatywne uczucie nadal jest lepsze niż ból który nosze w sercu po jej stracie. Wolę wyrywać sobie włosy z głowy zmywając kolejną plamę siku niż czuć na nowo i na nowo to, co czułam kiedy odeszła, kiedy żegnałam się z nią, kiedy dotarło do mnie, że jej nie ma.

Jeśli mogłabym cofnąć czas zrobiłabym znowu to samo. Znowu bym ścierała siki, znowu bym płaciła mandaty, znowu bym wymieniała kanapy. ZNOWU BYM ADOPTOWAŁA PSA z z całym jego inwentarzem plusów i minusów, bo wierzcie mi... Ta suczka była wyjątkowa. Była wyjątkowa dzięki temu co przeszła i pomimo tego co przeszła. Bała się hałasu, gwałtownych ruchów, kiedy ktoś podniósł rękę nagle - myślała, że rękę podnosi się na nią. Z drugiej strony pełna miłości, radości, pies na speedzie. Tak jak ona kochała, nie potrafił kochać nikt. Tuląc się do człowieka - stawała się jednością. Była wyjątkowa. Żyła szybko, mocno, ale ukojenie niosły jej dłonie człowieka. Miała na ich punkcie wręcz obsesję. Dotyk dłoni był dla niej jak narkotyk.

Tak bardzo za nią tęsknię.

Ach, jaka była jej historia?
Ten pies, ta suczka z historii psiaków porzuconych w worków na początku tego posta.
To była Eris. To była jej droga.

Czy psy mocno mnie ograniczyły? Nie powiem, faktycznie trochę tak jest. Dużo podróżujemy, dlatego teraz podróżujemy z psem i musimy mieć na uwadze, że jak hotel - to taki gdzie można wprowadzać psy, że wczasy to bez nocnych dyskotek, że jak już ten pies jest - to tak jak z dzieckiem - albo jedzie z nami albo mamy problem. Ważna jest świadomość, że od momentu kiedy te cztery łapy przeszły przez próg to coś się w naszym życiu zmieniło, nic już nie będzie takie samo, mamy więcej wyzwań, więcej problemów, ale też więcej radości, miłości, szczęścia. Transakcja wiązana.
Mieliśmy z psami wiele fajnych podróży, jak np. Bieszczady, Kora nadal jeździ z nami wszędzie gdzie się da, zwiedza z nami, przy okazji dodaje dodatkowej rozrywki, bo pies w podroży to też czasem śmieszne sytuacje, ale takie w dobrym znaczeniu. Przeorganizowaliśmy się też w kwestii pracy, żeby psiaki nie zostawały same w domu za długo, czasem pomaga nam rodzina, w domu pojawiły się psie udogodnienia, żeby i nam i kudłaczom było milej. Poukładaliśmy się nawzajem, nauczyliśmy się siebie, jesteśmy rodziną.

Zresztą, nie tylko ja mogę powiedzieć coś więcej o adopcji psów w kontekście przeżyć i wniosków. Miałam okazję rozmawiać ze wspaniałą Marleną, na instagramie znaną jaka Malaami, która w swoim domu ma psa z dobrej i sprawdzonej hodowli, ale ma tez psa z fundacji, którego adoptowała. I to właśnie na tym psiaku się skupiłyśmy w naszej rozmowie.

Przy okazji zapraszam Was do Marleny:

MALAAMI

Chester miał dużo szczęścia w swoim psim życiu, że trafił do Marleny, chociaż jak łatwo się domyślić jego przeszłość nie była kolorowa.W głębi serca, po cichu liczę, że psy zapominają o tym co złe, że zamykają to w pudełku i odkładają na tył głowy...

Marlena sama przyznała, że początki ich znajomości z nowym psiakiem nie były łatwe.

Ale najważniejsze są i tak końcowe wnioski...

Chester i Spajki

Podsumowując ten przydługi wywód.

Dlaczego warto adoptować psa?

Bo to dobry uczynek? Tak, jako ludzie powinniśmy chcieć dobre uczynki popełniać, bo świat jest wyjątkowo popsuty, a ludzie skutecznie psują go dalej. To banał, ale tak: JESTEŚMY ODPOWIEDZIALNI ZA TO CO UDOMOWILIŚMY. Jeśli chociaż trochę zależy nam na tym, żeby coś w tym świecie zmienić, warto zacząć od takich małych czynów i dać dom jakiejś bidzie ze schronu, bo taka bida pokocha jak nikt inny. Zaufa, ofiaruje swoje oddanie. Czy psy z adopcji kochają mocniej? Może? Na pewno okażą niesamowitą wdzięczność za okazję na nowe życie, którą otrzymały. Bo to nie jest tak, że pies kupiony z hodowli kocha gorzej. Z wszystkich moich doświadczeń wynika jednak, że pies adoptowany to pies wyjątkowy w każdym jego calu i taka sama jest jego miłość.

Warto adoptować psa, jeśli nie zależy nam na konkretnej rasie, lub nie zależy nam na rodowodzie ale chcemy mieć psa w typie rasy (takich w schronie jest pełno). Są tez psy w pełni rodowodowe, bo ileż takich trafia po trudnej drodze w hodowli lub kiedy miały fenomenalne życie u boku Pana, ale Pan niestety musiał odejść. Tak, takie psy też tam są. Piękne i dostojne owczarki niemieckie, aktywne psy myśliwskie czy małe i słodkie Yorki. Jeśli nie stać nas na psa z hodowli, która pracuje tak jak powinna, nie sięgajmy po psy z pseudohodowli (przeczytaj jeszcze raz - historia druga), nie wspierajmy tego nielegalnego procederu, NIE TŁUMACZMY SIĘ tym, że przecież pies nie pójdzie na wystawę więc po co mi rodowód. To bujda, to brzydkie kłamstwo, oszukiwanie samego siebie i TOTALNY BRAK WIEDZY!!! Pies taki nawet nie może być nazywany psem rasowym. To nadal kundelek, tyle że wygląda jak pies rasowy, właśnie dlatego nazywa się je psami w typie rasy. Nie dajmy zarabiać oszustom, złym ludziom, którzy traktują psy jak maszynkę do robienia pieniędzy, nie dopłacajmy za krzywdę, złe warunki życia i niekontrolowane rozmnażanie. Psów na tym świecie jest i tak ZA DUŻO! Nie potrzeba kolejnych, skoro wystarczająca ich ilość czeka na nowego opiekuna za kratami schronu. Póki ludzie nie zmądrzeją i będą dawać okazje do zarobku takim ludziom - tak długo będą istnieć pseudohodowle. Jeśli nie stać cię na psa rasowego, to nie stać cię w ogóle na psa. Bo nawet te rasowe chorują, a co dopiero bomby genetyczne z pseudohodowli (które chorują częściej, częściej mają skłonności do agresji - to potwierdzają badania!). Tu nie ma trzeciej drogi. Albo kupno psa z hodowli i zapłacenie za niego odpowiedniej kwoty (utrzymanie hodowli to koszt, utrzymanie ciąży u suki to koszt, badania, genetycy, pielęgnacja to koszt - dlatego te psy tyle kosztują), albo wybór zwyczajnej, pięknej adopcji. Warto zadać sobie pytanie dlaczego też chcemy psa rasowego, czy dana rasa odpowiada mojemu stylowi życia, czy chcę specyfikę rasy w dany sposób wykorzystać? Po co mi owczarek, skoro nie chcę wykorzystać jego cech charakteru? Bo co? Bo pilnuje podwórka? To samo zrobi zwykły burek "no name", gwarantuję ci to Drogi czytelniku.

Nie bocz się na wolontariuszy ze schroniska, że chcą cię prześwietlić i sprawdzic kim jesteś, co robisz i co możesz ofiarować psu. To dla twojego dobra i dla dobra psa.
Nie zasłaniaj się tym, że nie potrzebujesz rodowodu, przeczytaj w ogóle co to rodowód, jak on powstaje, jak działa dobra hodowla.
Nie odwracaj głowy kiedy widzisz, że jakiemuś psu dzieje się krzywda.
Nie napalaj się na rasowca, kiedy totalnie nie musisz go mieć. Kiedy to tylko widzimisie. Kiedy nie umiesz realnie wytłumaczyć dlaczego chcesz taką, a nie inną rasę. Albo kiedy chcesz ją mieć bo coś tam o niej słyszałeś, albo (o zgrozo!) sąsiad taką wybrał ,to ty też musisz.
Nie dawaj przyzwolenia na niekontrolowane rozmnażanie psów, nie wspieraj pseudohodowli, nie baw się w randki swojego psa z sąsiadem, a potem w sprzedaż tych kundelków za 300zł. Reaguj na ogłoszenia na OLX typu: oddam psa rasowego. Bo to nie jest oddanie, często jest tak, że pies faktycznie jest za darmo, tylko smycz dla niego kosztuje 500zł.
Nie bój się. Nie bój się iść przez życie z psem, bo to podróż pełna CUDOWNYCH EMOCJI. Podróż na cztery łapy i dwie nogi. Podróż wśród chwil niezastąpionych, bezcennych, które nie przebiją nowego telewizora, komputera czy ładnej kiecki. To coś czego nie da się zmierzyć żadną miarką.
Nie bój się spojrzeć w psie oczy, daj się zakochać i zaczarować. Nie bój się być największą miłością tego kudłatego stwora, bo on cię pokocha, ale pokocha tak, ach... tak mocno i bez granic.

 

 

*ku pamięci Eris [*]

NIE KUPUJ. ADOPTUJ!

10 thoughts on “#niekupujadoptuj

  1. Fajnie, że coraz więcej osób o tym piszę. My również adoptowaliamy psa. A właściwie mój narzeczony przyniósł mi że schroniska jako prezent – ale trafiony. My akurat z tych osób, które by psa nie oddały. Byłam wtedy w ciąży. To najpiękniejszy prezent 🙂

  2. Ja mam akurat w domu dwa koty. Też adoptowane. Wyrzucone przez ludzi do piwnicy. Gdy wzięliśmy Filemona to nawet chodzić jeszcze za dobrze nie umiał, nie mówiąc o jedzeniu. Wykarmiony szczykawką. A teraz wszędzie tam gdzie ja 🙂

  3. Cieszę się, że mogłam się przyczynić do powstania tego postu. To takie ważne, żebyśmy głośno i wyraźnie mówili o naszych mniejszych braciach,m! Oni bas potrzebują i wiem, ze jeśli zabraknie kiedyś moich piesków następny będzie adopciakiem po przejściach ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *