Piękna w ciąży – SZACHOWNICA ciąg dalszy.

Tegoroczna jesień wyjątkowo rozpieszcza. Słońce utrzymuje się do teraz, a przecież nie raz, nie dwa było tak, że o tej porze mieliśmy już pierwsze śniegi i mrozy. Dzisiaj kolejny ciepły dzień za nami, buzia złapała trochę słońca, a ja przychodzę do Was z kolejną częścią serii, którą tworzymy wraz ze sklepem Szachownica. Czyli krótko o tym, jak ubrać się w ciąży tanio, modnie i przede wszystkim… jak w tym wszystkim nie zwariować.

Chwila prywaty.

Na początku chciałabym podziękować za przepiękny i bardzo motywujący odzew po ostatnim poście z tej serii. Daliście mi takiego kopa do działania, że jeśli jeszcze się wyrobię przed porodem, postaram się przygotować dla Was jeszcze jedną i tym razem już ostatnią serię zdjęć wraz z tekstem, który – nie ukrywam – troszkę już czeka na dysku komputera i powoli dojrzewa. Jednak czas nagli, do planowanego dnia zero zostało zaledwie 11 dni (w tym momencie pojawia się nerwowy chichrot) i sami wiecie – szczere chęci mogą się wystarczyć bo jak to mówią starsi i mądrzejsi grożąc paluszkiem – NIE ZNAM DNIA ANI GODZINY. Trochę creepy, prawda?

Pomyślałam, że ucieknę jeszcze od typowo zimowych ubrań, póki temperatura na dworze pozwalała – wybierałam rzeczy dość lekkie, oczywiście te bardzo wygodne, ale mimo wszystko dalekie od zimowego kożucha i szaroburych swetrów. I tak powstało coś, co w moich oczach ma w sobie jeszcze dużo koloru, troszkę słońca, wspomnienie lata… A do tego jest szalenie wygodne i w zasadzie odpowiednie na wiele okazji.

KOCHANIE, GDZIE MOJA KOSZULA?!

Taaaak, kocham koszule! Kocham równie mocno jak klasyczny denim, jeans i łączenie go z wszystkimi kolorami tęczy. Ale jak poradzić sobie z rosnącym brzuchem, kiedy tak bardzo chcemy ubrać coś co jest zapinane, nie jednolite, a przy okazji nie pozwolić na wyskakujący nagle pępek czy też strzelające od nadmiernego nacisku guziki (strzelanie w znienawidzoną sąsiadkę z pod czwórki się nie liczy – nie wypada po prostu, nawet jeśli tłucze w rurki za to, że za głośno oddychasz!). Odpowiedź jest jedna.

Mniejsze wcięcie w talii + dłuższy krój.

Dzięki lekkiemu luzowi w okolicy brzucha i przedłużanemu fasonowi strach, że będziemy wyglądać karykaturalnie - a ten nasz niesforny pępek i tak uparcie wylezie - znika. Swoją drogą, czy tylko ja w tym stanie mam tak straszną fobię przed uciekającym pępuszkiem? No powiedzcie sami. Ktoś jeszcze tak ma? Ktokolwiek? Chociaż jedna osoba?

I wiele osób pewnie powie: jeans to nuda! Ale jeans w zestawieniu z nietypowymi spodniami już nudą nie wieje! Szczególnie jeśli do gry wchodzą… lampasy! W Szachownicy znalazłam spodnie idealne. W kolorze lekko spranej zieleni, przypominające dresik, ciepłe, ale bardzo seksowne, genialnie podkreślające atuty i te „tylnie krągłości”. I co ważne – nie są to spodnie ciążowe! Jednak ich szycie i wiązanie w pasie pozwala na komfort w noszeniu. Nie spadają z pupy, nie uciskają brzucha, a ich długość podkreśla nasze nogi. Są świetne w zestawieniu zarówno eleganckim jak i sportowym. Wierzcie mi lub nie, chodzę w nich ostatnio ciągle, tak bardzo je polubiłam.

Co dalej. Dodatki?

No tak, całość prezentuje się dość… ciemno. Dlatego postanowiłam rozjaśnić całość beżowymi szpilkami i skórzaną torebką. Dlaczego akurat taki wybór? I czy oszalałam ubierając szpilki w ciąży? ABSOLUTNIE! Ale pamiętajmy, że dobór tych butów nie jest przypadkowy i lepiej jeśli jest przemyślany.

No to można chodzić w tych szpilkach czy nie? Znam tyle samo fanów szpilek u ciężarnych co przeciwników. Owszem - całe ciało, a szczególnie kręgosłup i stopy w ciąży są wyjątkowo obciążane zwiększającym się rozmiarem dziecka. Obciążenie dolnej części kręgosłupa oraz stóp zwiększa się, jeśli założymy wysokie szpilki. Co więcej, dodatkowo zmieni się nasz środek ciężkości (w ciąży przesuwa się ze względu na brzuszek), co utrudnia zachowanie prawidłowej postawy ciała. Kobieta w ciąży zwykle wypina brzuch za bardzo do przodu, aby utrzymać równowagę przy zmienionej budowie ciała. Po założeniu szpilek nieprawidłowa postawa ciała się pogłębia, brzuch wysuwa się jeszcze bardziej do przodu. Ale nie oznacza to, że musimy całkowicie zrezygnować z obcasów. Musimy do nich podejść po prostu… Bardziej odpowiedzialnie. Niech będą stabilne, solidne, a wysokość obcasa niech będzie rozsądna. Moją optymalną wysokością jest 5cm, totalnym maxem jest 10cm, myślę że w obecnym stanie nie skusiłabym się na więcej i sądzę że taka wysokość jest w granicach bezpieczeństwa. Pamiętajmy jednak – balast na brzuchu już i tak potrafi zaskoczyć, w 15cm obcasach na pewno bardziej kusimy los. Ważne pytanie to: jak długo w tych butach będziemy chodzić. Dlatego poza samą wysokością ważne też jest wykonanie takich butów, materiał z jakiego są stworzone i to jak „pracują na stopie”. No i umówmy się. Ja w bardzo, BARDZO wysokich szpilach chodzę jak czapla, nie jak człowiek. A więc drogie mamy – kompromis, po prostu kompromis.

Na zakończenie moja wisienka na torcie czyli przepiękna, solidna i perfekcyjnie wykonana torebka. Nie bez powodu wybrałam właśnie tę listonoszkę. Uwielbiam jej pojemność, wszystkie ukryte kieszonki, ale najbardziej lubię jej kolor. Torebka wykonana jest ze skóry juchtowej i co ważne: nie jest farbowana. Jest to skóra, która pięknieje z wiekiem, kolor teraz jest bardzo naturalny, z czasem będzie ciemniejszy, koniakowy. W zestawieniu z zielonymi spodniami i jeansową koszulą prezentuje się niesamowicie imponująco.

Co myślicie o takiej stylizacji? Lubicie takie kolory? Ta stylizacja jest moją ulubioną stylizacją „na miasto”, a także do pracy, kiedy to czas podejść do biura budowy, przedyskutować parę tematów, a przy okazji nie wyglądać jak rozczochrana mątwa. Naprawdę w takich ubraniach czuję się dużo pewniej!

Lata dwudzieste, lata trzydzieste.

Kiedy mąż zobaczył mnie pierwszy raz w tej sukience i narzutce rzucił głośno: CZY MY PRZENIEŚLIŚMY SIĘ W CZASIE? Zaskoczona już chciałam na niego krzyczeć, bo myślałam, że zaczął mnie obrażać. O jak wielki błąd bym popełniła, bo okazało się, żeeeee… to był komplement. Zestawienie: sukienka + rękawiczki + narzuta przypomniały mu eleganckie panie z przełomu lat 20’ i 30’ – do tego kolor sukienki skojarzył mu się z totalną klasyką, do której czerń pasuje idealnie.

CZYLI TRAFIŁAM! Sukces. Tak sobie pomyślałam, bo trafić w gust mojego męża nie jest łatwo.

Największy plus sukienki? Jej krój. Trapezowy, dosyć luźny, ale daleki od workowatego, rozciągniętego bambocha. Dzięki temu sukienka bardzo ładnie układa się na ciele, nie powiększa optycznie niemałego już brzucha. Materiał sukienki jak bardzo… milutki. Przypomina mi polar, chociaż polarem nie jest, ale co za tym idzie jest w niej bardzo ciepło i tak wiecie – komfortowo.

Sukienki, które opierają się na dużym brzuszku kochają się podnosić i złośliwie odsłaniać za dużo. Oj, to moja największa zmora w obecnym stanie. Wszystkie kiecki stały się za krótkie, widać w nich za dużo, a ja zamiast czuć się na luzie ciągle obciągam kieckę w dół ze strachem, że było widać mój niezbyt ponętny tyłek w równie niezbyt ponętnych rajstopach. Tutaj właśnie krój i materiał pomagają nam uniknąć tego irytującego stanu. Nic się nie podciąga i nie muszę się co chwilę poprawiać.

Nie ukrywam, że kolory obecnej pory roku bardzo zainspirowały mnie jeśli chodzi o dobór odcienia sukienki. Odcień bordo tak bardzo kojarzy mi się z pięknymi lasami, obok których mieszkam.

Jako dodatek świetnie sprawdzi się lekka, czarna narzutka, bardzo uniwersalna zresztą jeśli chodzi o zastosowanie. Będzie świetna także do koszuli, bluzek, a nawet koszulek na ramiączkach. Całość uzupełniają retro rękawiczki z guziczkami, które nie dość, że są ciepłe i będą mi służyć całą zimę, to nie powodują, że dłonie wyglądają jak grube placki ziemniaczane. Palce w nich są smukłe, szczupłe, a sama dłoń nie jest skrępowana.

Buty? Tak, znowu szpilki. Co ja poradzę, że ostatnio mam do nich słabość? To dość zabawne, ale właśnie teraz chodzi mi się w nich najlepiej, być może dlatego, że wymuszają u mnie wyprostowane plecy i bardziej „dumną” postawę, bo jak już mąż się ze mnie śmiał, czasem chodzę jak goblin, a czasem jak pingwin. A czasem jak jedno i drugie.

Gdzie w takiej stylizacji? Na kawę? Do pracy? Do biura? Na niedzielny obiad? Możliwości jest wiele. Ja wybrałam ją z myślą o zimowych spotkaniach przy rodzinnym stole. Może wigilia? Na sukienkę zamiast narzutki można ubrać marynarkę, np. w kolorze granatu (bordo i granat w tym sezonie się uwielbiają) i już mamy kolejny pomysł na coś całkowicie nowego.

NIE DAJMY SIĘ ZWARIOWAĆ – RZEKŁ MÓJ PORTFEL

Musicie wiedzieć, że kupując jakiekolwiek ciuchy na czas ciąży starałam się wybierać takie rzeczy, które będę mogła też nosić po niej. Stąd właśnie spodnie, które mogę regulować w pasie czy też sukienka, która wygląda dobrze jako strój luźny, a także bardziej dopasowany. Ciąża trwa aż 9 miesięcy, ale nie czarujmy się – ten najbardziej newralgiczny czas jeśli chodzi o ubiór zaczyna się około siódmego miesiąca. Wtedy nagle przestajemy się we wszystko mieścić i dopada nas całkowity kryzys, popadamy w paranoje i mamy ochotę kupić sobie 4 komplety ubrań, które niewiele różnią się wyglądem od namiotu. Myślę, że to duży błąd.

Zwróćcie uwagę, jak wysoką marżę sklepy nakładają na rzeczy, które mają dopisek: DLA CIĘŻARNYCH. A tak naprawdę są to po prostu ubrania bardziej luźne czy też delikatnie poszerzone w niektórych miejscach. Ale zadajmy sobie pytanie – czy ja naprawdę MUSZĘ szukać czegoś, co ma takie oznaczenie? Ile taki ciuch posłuży? Dwa miesiące? Maksymalnie trzy? Tym bardziej, że większość z nas wraca szybko do formy i wcale a wcale nie potrzebujemy kolejnych workowatych gaci czy wielkiej tuniki.

W poprzednim poście próbowałam Wam pokazać, że ciąża nie musi oznaczać babcinych kiecek. Tutaj chce Wam pokazać, że ubrania ciążowe nie muszą być drogie i „ na chwilę”. Koszula jeansowa? Założę jeszcze nie raz, mogę ją związać w pasie, mogę włożyć ją do spodni, narzucić na białą bokserkę, mogę nawet usiąść z nitką i po prostu ją… zwęzić. Spodnie? Ilość stylizacji z nimi w roli głównej ciągle atakuje moją głowę. Te lampasy są genialne i naprawdę łydka w nich prezentuje się bardzo seksownie. Sukienka jest wyborem oczywistym, jest dobra bez względu na figurę i okazję. Wydaję pieniądze tylko raz, a cieszę się ubraniem długo. Wybieram taką formę. A ty?

I kolory, nie zapominajmy o kolorach. Ten czas ma być dla nas czasem miłym, pięknym, kobiecym. Wyraźmy to właśnie poprzez odcienie i ich połączenia. Podobno w tym czasie promieniejemy. Nie odbierajmy sobie tego blasku poprzez smutne zestawienia.

Ja w tym sezonie lubię właśnie zielenie, boro, pomarańcze, lubię wzory, kwiaty, nawet jeśli fiolet trzeba łączyć z żółtym. Takie zestawienia mi odpowiadają!

A na koniec…

Wiecie, straszną rzecz zaobserwowałam wśród innych, przyszłych mam. Jest to ogromny strach przed przyznaniem się głośno do tego, że w takim stanie jak ciąża, który nie jest stanem usłanym bączkami różowych aniołków, nie zawsze czują się dobrze ze sobą. W sensie wyglądu. No nie czarujmy się: NIE ZAWSZE ZACHWYCA NAS TO CO WIDZIMY W LUSTRZE. Presja społeczeństwa jest tak ogromna, że chociaż jestem osobą o dość otwartym umyśle – sama jestem w szoku, jak jedna kobieta drugiej kobiecie potrafi… ekhm… „pojechać”. Moje ulubione teksty:

  • - ty już nie musisz być piękna!
  • - po co się stroisz, to już nie jest ważne, dla kogo niby chcesz wyglądać ładnie?
  • - co z tego że masz rozstępy jak kratery?
  • - masz kostki wielkości bulwy? No kochana, a coś ty liczyła, że zawsze będziesz piękna?
  • - przytyłaś tylko 7kg? Na pewno się głodzisz i szkodzisz dziecku!
  • - zajmuj się lepiej praniem pieluch, skończy się laba i czas na dbanie o siebie!

Ach...

I nie czarujmy się, że zawsze w ciąży wygląda się jak milion dolarów. Ale to nie znaczy, że musimy teraz porzucić sympatię do samej siebie, olać wszystko w imię czego? Ok, dzieje się w nas ten wielki cud, ale warto czasem wyłuskać tych parę procent przyjemności dla nas samych i pozwolić sobie na powiedzenie: ok, no nie jestem teraz jak Naomi Campbell, ale nie znaczy to, że mam wyglądać ciągle jak Ferdynand Kiepski.

Wiecie jaki ja mam teraz cellulit na tyłku? Matko i córko, wygląda to jakby ktoś przyczepił mi na pupę wielką, starą pomarańczę. A kiedy czasem odważymy się powiedzieć głośno, że te 9 miesięcy mocno zmienia wygląd naszego ciała i nie do końca jesteśmy z tego powodu zadowolone to obrywamy po głowie, że jak możemy tak mówić. Że to nie jest ważne.

CO NIE JEST WAŻNE?

Przecież podobać się sobie to podstawa jeśli chodzi o nasze zdrowie psychiczne. Nie znam nikogo, ale naprawdę nikogo kto w głębi serca potrafi sobie bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że ma w poważaniu to, czy lubi siebie i swój wygląd. A nawet jeśli tak faktycznie jest. Czy to jest zdrowe? Czy warto w takim stanie trwać?

 

Ot taka dygresja. Może trochę gorzka. Ale leży mi jednak na sercu.

Dziewczyny, nie dajcie się zwariować. Kochajcie siebie. Pielęgnujcie swoje piękno. I nie chodzi o drogie kremy i ciuchy za setki złotych. Po prostu nie pozwólcie na to, żebyście przestały lubić siebie. Nawet jeśli doszło Wam 35kg, a Wasze kolana wyglądają jak ziemniaki. Walczcie o to, żeby kochać każdy skrawek tego słodkiego, kolankowego ziemniaczka.

Chcecie się stroić? Strójcie się. Chcecie iść do fryzjera i zmienić kolor włosów na szalony? Róbcie to! Macie ochotę pojechać przed siebie, poznać to co nowe, macie na to siłę, czas i chęci – DO DZIEŁA! A ja trzymam za Was kciuki!

Ubrania wykorzystane w stylizacjach:

 

Stylizacja pierwsza:
Spodnie i koszula: SZACHOWNICA
Torebka: VOOCBAGS
Buty: Noname (miejscowa galanteria)
Stylizacja druga:
Sukienka, narzutka, rękawiczki: SZACHOWNICA
Buty: TK MAXX

17 thoughts on “Piękna w ciąży – SZACHOWNICA ciąg dalszy.

  1. Wow! This could be one particular of the most helpful blogs We have ever arrive across on this subject. Basically Great. I’m also a specialist in this topic therefore I can understand your effort.

  2. Przeglądając te zdjęcia pierwszy raz poczułam, że chcę to wszystko! Wyglądasz bosko a torebki zazdroszczę Ci na maxa. Jest po prostu idealna. Koszula idealnie w mój gust a nie mam takiej jeszcze w swojej szafie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *