Historia jednego makijażu – czyli AFFECT w akcji

A więc chcesz mi powiedzieć, że jesień to jedynie brązy, beże i ciemne odcienie?

HELL NO!

Moja jesień nie boi się kolorów, tęczy, karnawału i potajemnego bycia jednorożcem. Oczywiście w głębi serca. Nie jestem wykwalifikowaną makijażystką, kompletny ze mnie samouk, w zasadzie za pędzle chwytam rzadko, ale jeśli już to robię, lubię… dobrze się bawić. Bo jak inaczej nazwać tę chwilę, kiedy totalna amatorka chwyta za PIGMENTY (żadne zwykłe cienie, tym razem poszłam na całość) i próbuje zmalować coś nieszablonowego?

Przy okazji wreszcie miałam chwilę żeby przetestować nowości profesjonalnej marki kosmetycznej AFFECT, którą śledzę już od dawna i zawzięcie oczekuję nowości w ofercie.

CZYM JEST DLA MNIE MARKA AFFECT?

Przede wszystkim świetnym połączeniem między kosmetykami profesjonalnymi, a szansą na naukę i rozwój nawet dla takich laików jak ja. Wyznaję zasadę, że warto uczyć się na kosmetykach dobrej jakości, o właściwościach pielęgnacyjnych, a do tego nie czyszcząc swojego portfela do zera. Firma oferuje dostęp do szerokiej gamy produktów, które dają możliwość skompletowania zestawu kosmetyków do salonu makijażu, ale dla mnie najważniejsze jest to, że można spokojnie uzupełniać nią domową toaletkę.

A co mówi sam producent?

„Producent marki AFFECT są dopracowane w każdym szczególe, aby działały również na inne zmysły – cienie do powiek wspaniale pachną, a pudry i róże mają unikalny, piękny sweterkowy wzorek, który cieszy oko i przykuwa uwagę.    Już od samego początku istnienia marki AFFECT, oferta jest kompletna – na naszych produktach można wykonać pełny makijaż, prowadzić szkolenia i robić pokazy makijażu w całości na kosmetykach AFFECT. Kosmetyki marki AFFECT są idealne do wykonania każdego, nawet najbardziej wymagającego makijażu – od makijażu nude, poprzez ślubny do makijażu high-fashion”

Źródło: http://affectcosmetics.pl

 

Jesteście więc ciekawi czym wykonałam makijaż na zdjęciu wyróżniającym ten post? Zostańcie ze mną, już prostuję palce i opisuję.

 

Po pierwsze: NIEZBĘDNIAKI

  1. Jak już wiecie, makijaż oparłam w całości na sypkich, błyszczących pigmentach. Ale aby pigmenty mogły, a nawet musiały trzymać się dobrze na oku potrzebna jest przede wszystkim BAZA POD CIENIE. Baza firmy AFFECT ma bardzo fajną, lekką formułę, bardzo ładnie pracuje na oku, gdzie przy mojej powiece zwykle sporym problemem jest to, że bazy kochają kryć mi się w zagięciu oka. Na szczęście tym razem było inaczej. BAZA POD CIENIE LONG LASTING EFFECT FOR EYESHADOWS dała radę jeśli chodzi o  trwałość makijażu oka oraz wzmocniła intensywność koloru pigmentów. Oczywiście dodałam do nich odrobinkę fixera, ale głownie dlatego, że tak mi się po prostu łatwiej pracuje jeśli chodzi o tego typu sypkie produkty.
  2. Blendowanie cieni? Nie jestem w tym mistrzem. Jeszcze. W sensie wiecie – taką mam nadzieję, że jeszcze, bo uczę się ciągle, a uparta istota ze mnie. Dlatego w momencie kiedy potrzebowałam dodać jaśniejszego pigmentu bardzo pomógł mi KOREKTOR ROZŚWIETLAJĄCY, który bardzo ładnie współpracuje z bazą i pigmentami. Jest bardzo gęsty i za to chyba polubiłam go najbardziej, bo dzięki temu jego wydajność wzrosła do maksimum
  3. Ogromną uwagę przykładam do podkreślenia, rozdzielenia i podkręcenia rzęs. Nazwijcie mnie narcyzem, ale mam te szczęście, że natura ofiarowała mi rzęsy naturalnie długie, omijam więc szerokim łukiem rzęsy 1:1 i wszelkiego rodzaju odżywki, mogę bazować na tym co mam, a bazować na tym lubię. Tusz do rzęs to najważniejsza rzecz w mojej kosmetyczce i właśnie dołączyła do niej MASCARA EXCITING LASHES VOLUME. Innowacyjna formuła mascary sprawia, że rzęsy są gęste i aksamitne. Sylikonowa szczoteczka perfekcyjnie rozdziela rzęsy, a jej kształt pozwala dotrzeć do kącików oka. Maskara bardzo ładnie podkreśla skręt rzęs i nie tworzy na oku sklejonej brei pajęczych nóżek, co niektóre panie nazywają perfekcyjnym makijażem oka. Dobra, przyznaje się, jak widzę posklejane, napompowane rzęsiochy, takie wiecie – oblepione toną tuszu żeby tylko wyglądały na pozornie gęste to mam takie: MMM, NOŁ, NOŁ, FUJ, NOPE, EEE-E, NIE NIE NIE. Z maskarą od AFFECT tego nie uświadczycie. Jej szczoteczka na taki makijaż po prostu… nie pozwoli.

Po drugie: KOLOR

Pewnie się powtarzam, ale tym razem uciekam od nudy w makijażu. A jak uciekać - to z przytupem. I na tęczowej chmurce...

Tutaj otwierają się drzwi i do mego królestwa z przytupem wchodzą sypkie cienie – czyli pigmenty od AFFECT. Kolorowe, błyszczące, intensywne, w szalonych kolorach i wielu wersjach jeśli chodzi o połączenie kolorów. Dla siebie wybrałam dwie wersje:

Eleganckie połączenie złocistego różu, słonecznego żółtego i kobiecej szarości, czyli NIGHT QUEEN

Kolorowe, tęczowe, zaskakująco intensywne zestawienie turkusu, fioletu i fuksji, czyli RIO CARNIVAL

A makijażu jaki Wam na początku pokazałam użyłam w zasadzie czterech z sześciu kolorów. Jest to mieszanka złocistego różu z żółtym, oparta na fuksji, podbita na koniec magnetyzującym fioletem.

Pigmenty są bardzo wydajne, lśnią przepięknie, kolory są głębokie i dobrze się blendują. Sam makijaż oka utrzymał mi się około 8h, pod sam koniec powoli zaczął tracić swój blask, ale myślę że gdybym użyła mgiełki utrwalającej jego żywotność by się znacznie wydłużyła. Pigmenty zapakowane są w plastikowe pojemniczki, chociaż ich opakowanie jest lekko… niefortunne. Niestety nie można ich rozdzielić, aby otworzyć jeden trzeba się nakombinować, aczkolwiek ma to też jeden plus. Łatwiejsze przechowywanie i brak obawy, że się rozlecą i zasypią kosmetyczkę.

Zwykle jeśli chodzi o makijaż wybieram palety do makijażu, ale jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona taką formułą. Chociaż mocno bałam się jakiejkolwiek sypkiej formy cieni, nie było tak źle i wydaje mi się, że sam makijaż wyszedł… zadowalająco. Jest to oczywiście moja subiektywna ocena, tę obiektywną zostawiam Wam.

Zostawiam Was ze swatchami kolorów jakie wybrałam, zobaczcie jak prezentują się na skórze.

I JAK ZWYKLE PODSUMOWANIE

Chcąc zreasumować tę historię jednego makijażu na początku zadam sobie pytanie: czy polubiłam makijaż pigmentami? Tak, polubiłam bardzo. Czy zamieniłabym palety na pigmenty? Hm, chyba jeszcze nie teraz. I nie chodzi tutaj o to, czy coś jest lepsze czy gorsze, bo to są całkowicie skrajne metody zabawy kolorami, ale mi jeszcze brakuje tych właściwych umiejętności w manewrowaniu pędzelkiem. Na pewno następnym razem będę łączyć ze sobą już cienie prasowane i sypkie, bo to na pewno da bajeczny efekt i nie omieszkam się nim z Wami podzielić.

Reszta makijażu? Sama przyjemność. Tusz na długo zostanie wysoko na mojej liście ulubieńców, a posiadanie bazy i korektora zaczęłam bardzo doceniać. Nie nazwę ich swoimi ideałami, ale na pewno nie odstawię ich na bok, polubiliśmy się i jeszcze trochę ze sobą popracujemy.

Jedno jest pewne. Firma AFFECT zgodnie z obietnicami – nie zawodzi. Owszem, jest to marka profesjonalna, ale kiedy znajdzie się w rękach amatora – pozwala wyczarować sobą cuda!

Mały PS.

Jeśli chodzi o usta, użyłam matowej pomadki od FOCALLURE, kolor 12, PLATINENATE PURPLE. Cała seria tych pomadek jest ciekawa jeśli chodzi o kolorystykę, znajdziecie je bezpośrednio u producenta, na stronie FOCALLURE.

19 thoughts on “Historia jednego makijażu – czyli AFFECT w akcji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *