PIERRE RENE – moi nowi ulubieńcy

Makijażowa zabawa zaczęła wciągać mnie na całego. Zaczęło się niewinnie, od prostych testów i chodzenia trochę po omacku wśród nowinek kosmetycznych. A teraz? Nareszcie mogę powoli mówić o swoich ulubieńcach wśród kosmetyków z tzw. „kolorówki”.

W dzisiejszym wpisie chciałabym pokazać Wam moje wybory jeśli chodzi o firmę Pierre Rene.

Kosmetyki, które posiadam dają mi możliwość przygotowania buzi pod wykonanie makijażu twarzy, późniejsze konturowanie jej, rozświetlenie, matowe wykończenie, a także to co lubię najbardziej - podkreślenie ust. Dzisiejszy zestaw to:

  1. Rozświetlająca baza pod makijaż
  2. Matowy puder brązujący, kolory: CHILLY BRONZE i WARM BRONZE
  3. Puder ryżowy
  4. Płynne rozświetlacze: kolory: CHAMPAIGNE i ROSE GOLD
  5. Błyszczyki do ust o satynowym wykończeniu w kolorach: BLOOMING ALMOND, PINK YARROW, HEAT WAVE

 

ZACZYNAJĄC OD POCZĄTKU.

Rozświetlająca baza pod makijaż była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zwykle to kremy były idealnym podkładem pod makijaż twarzy, nigdy nie sięgałam po specjalne bazy, no bo na logikę: jeśli coś się sprawdza – to po co to zmieniać?

Dobrze, że moja niepohamowana ciekawość i  skłonność do ciągłego testowania nowości tym razem też mnie nie powstrzymała i sięgnęłam po wyżej wspomnianą bazę.

To co pozytywnie zaskoczyło już na samym początku używania kosmetyku to:

  1. Formuła – baza jest średniogęsta, jednolita, nie jest zbyt wodnista i bardzo dobrze rozprowadza się po twarzy. Dzięki obecności malutkich drobinek, które odbijają światło nadaje skórze świeży i promienny wygląd. Podkład – czy to mokry czy mineralny – rozprowadza się po niej bardzo dobrze, nie smuży, nie granuluje się i przede wszystkim nie osadza się w zagięciach takich jak skrzydełka nosa, broda czy zmarszczki wokół oczu. Makijaż na pewno mocno zyskuje na estetyce, a jego trwałość jest bardziej niż zadowalająca.
  2. Zawartość ekstraktu z kwiatów Sphilanthes Acmelia oraz witaminy E. Czyli przyjemne z pożytecznym. Baza nie tylko ładnie wygląda na skórze, dodatkowo pełni rolę delikatnego liftingu.
  3. Bo ta baza pachnie naprawdę cudownie. Bije na głowę wszystkie moje ulubione dotychczas kremy. Może dla wielu osób to zbędny szczegół – jednak dla mnie to ogromny plus.

A WIĘC O CO CHODZI Z TYM KONTUROWANIEM?

Paletek do konturowania mam obecnie dwie. Jedna prasowana, druga w formie kremowej. Teraz dołączyły do nich pudry brązujące z serii Terracotta. Być może geneza ich tworzenia nie zakładała konturowania, ale jeśli chodzi o moją osobę – to właśnie w tej roli pudry sprawdzają się najlepiej. Występują w dwóch odcieniach, ciepłym CHILLI BRONZE i chłodniejszym WARM Bronze (to ci przewrotność nazw). Jeśli chodzi o ich największy plus: pigmentacja. Wystarczy niewielka ilość produktu na pędzlu aby dostatecznie i zadowalająco podkreślić kości policzkowe, żuchwę, a także linię nad czołem czy też obojczyki. Lato to idealna pora roku dla nich – podkreślają opaleniznę zachowując jej delikatny i naturalny koloryt. Wykończenie pudrów jest jedwabiste i co wyjątkowo ważne dla mnie: nie sypie! Dodatkowo ich strona wizualna robi ogromne wrażenie. Design opakowań jest elegancki, motyw cętek zauroczył mnie od razu! Jedyne czego mi brakuje to lusterko w środku, ale cóż… Nie można mieć przecież wszystkiego.

Z mojego wcześniejszego postu makijażowego wiecie, że cierpię na chroniczne macanie się po buzi i policzkach. Tutaj walka z nadpobudliwymi łapkami została wygrana przez Pierre Rene. Pierwsza poprawka wjechała dopiero po 5 godzinach od aplikacji i konturowania. Czyli jest nieźle!

CZOŁO NIE ŚWIEĆ SIĘ!

Myśląc o wykończeniu makijażu i matowieniu przygotowanego makijażu najczęściej zwracam uwagę na jego późniejszą fakturę. Nie lubię uczucia suchej skóry, dlatego stawiam na efekt satynowego wykończenia, oczywiście bez błysku w Strefie T. Im bliżej naturalnego efektu – tym bardziej jestem nim zadowolona. Dlatego o sypkim pudrze ryżowym Pierre Rene nie trzeba pisać długo. Daje w 100% taki efekt jakiego się po nim spodziewałam. Na pewno na pochwałę zasługuje to, że dzięki niemu makijaż jest lepiej utrwalony (tutaj znowu motyw wędrujących po buzi paluchów), dodatkowo fajne jest to, że skóra pod nim oddycha. A to czuć, bo jak nikt inny wpadam w rozdrażnienie kiedy czują obciążenie na twarzy i pojawiające się wysuszenie.

Puder nie wybiela cery, zapakowany jest w wygodne opakowanie z sitkiem, a samo nakładanie go nie wymaga wysokiego skilla i levelu „master of makijaż”. Pędzel w ruch, otrzepujemy nadmiar pudru i nakładamy na twarz. Proste jak budowa cepa. A efekt zacny! Na koniec warto podkreślić jego wydajność. Produkt zalicza się do półki kosmetyków profesjonalnych, dlatego zwykle zależy mi, aby sprawował się jak najdłużej. Myślę, że ten kosmetyk posłuży mi spokojnie minimum 3 miesiące, zakładając to, że będę go używać 2 razy w tygodniu. Naprawdę wystarczy niewielka ilość kosmetyku, aby osiągnąć zadowalający efekt.

SHINE BRIGHT LIKE A DIAMOND!

Czoło świecić się nie może. A kości policzkowe? Obojczyki? Troszkę nosa? I co to w końcu jest ten strobing?

Wiecie co najbardziej podziwiałam w makijażu na sesję zdjęciową beauty i glamour? Piękne rozświetlenie! (po latach dowiedziałam się, że ma to swoją nazwę i jest to strobing - wow, brawo ja). Moje własne poczynania w tej kwestii szły mi cóż... Poniżej moich oczekiwań - dopóki nie chwyciłam za rozświetlacze w płynie Pierre Rene. I chociaż producent nie kwalifikuje ich jako produkty do strobingu, tak ja w pełni mogę je właśnie w tym celu polecić. Dodanie blasku cerze łatwiej mi wykonać czymś na mokro, zdecydowanie jestem zauroczona łatwością aplikacji, wystarczy nanieść niewielka ilość na wybrane partie twarzy i ciała (moje ulubione: obojczyki) i wklepać lub rozprowadzić pędzlem. Na zdjęciu widzicie dwa kolory: ROSE GOLD i CHAMPAGNE. Ten pierwszy sprawdzi się lepiej kiedy moja opalenizna zmaleje. Póki co ostro męczę odcień drugi! Zimowym bohaterem będzie właśnie ROSE GOLD, z łatwością mogę sobie wyobrazić jak pięknie podkreśli obszczypane mrozem policzki… Taka wiecie: niby zimowa Elsa, ale bez swojego bałwanka (bo mąż się przecież nie liczy…)

Aplikacja rozświetlacza to sama przyjemność. Pipetka pozwoli na bardzo precyzyjne nałożenie produktu, pędzel zrobi za nas resztę. Efektem jest aksamitna skóra, błyszcząca tam gdzie trzeba, bez osypywania się na niechciane partie twarzy. Połączenie rozświetlaczy ze wspomnianymi wcześniej bronzerami daje mi to czego w pełni oczekiwałam. Myślę także o połączeniu podkładu w płynie właśnie z Liquid Shimmer w kolorze ROSE GOLD, ale nie wiem czy ten pomysł nie jest jak na moje umiejętności zbyt szalony. Jeśli się na to zdecyduję i wykonam makijaż tym sposobem – na pewno od razu się z Wami tym podzielę.

To zdecydowanie mój ulubiony kosmetyk z przedstawianego tu zestawu. Jestem pewna, że na stałe dołączy do mojej kosmetyczki, a nawet jego cena przełożona na wydajność jest bardzo atrakcyjna.

CAŁUJ CAŁUJ I NIE ŻAŁUJ!

Otwierając paczuszkę od Pierre Rene pierwsze co wykrzyczałam to: SZMINKIIIIIIIII!!!

Jestem jakąś szaloną psychofanką szminek, błyszczyków, pomadek, kredek i wszystkiego co można nałożyć na usta i co da im ładny, niebanalny kolor. Tutaj zawartość mnie nie zawiodła. Otrzymałam trzy cudowne, pełne pigmentów odcienie. Naturalny BLOOMING ALMOND, wpadający w odcień fuksji PINK YARROW, i gorący, koralowy HEAT WAVE. Żaden z tych odcieni nie został sklasyfikowany przeze mnie jako niepotrzebny. Bo i kolory nude bardzo lubię, róże wszelkiego rodzaju kocham, a najbardziej przepadam za czerwieniami i jej pochodnymi.

Błyszczyki mają krycie totalne. Wykończenie satynowe jest miłą odskocznią od wszędobylskich matów, a ich pigmentacja pozwala na aplikację sprawną, w zasadzie 3 ruchy pędzelkiem i efekt gotowy. Wszystkie kolory zawierają w sobie malutkie drobinki brokatu. Zjadliwość? Średnia. Na pewno przegrają bitwę z pizzą i pierogami ruskimi, ale podczas picia kawy nie wciągamy wciągamy błyszczyka w całości i nie musimy dosłownie co chwilę się poprawiać. Na duży plus – zapach. Słodki, kobiecy, miły dla nosa, ja osobiście takie zapachy lubię, kojarzą mi się z budyniem waniliowym. Budyń to jedzenie – Paulina lubi jeść jedzenie. A więc wszystko (jak to mój tata mówi) GRA I BUCZY! Na plus też opakowania, eleganckie, wyrafinowane, stylowe nienachalne, a pędzelki klasyczne, bez większego zaskoczenia.

Błyszczyki te przywodzą mi na myśl piękne kobiety z lat 20’, pełne stylu, szyku i nonszalancji. Kolory kusząco podkreślają usta, a warianty jeśli chodzi o odcienie idealnie pasują do makijażu zarówno dziennego jak i wieczorowego.

PODSUMOWUJĄC.

 

Pierre Rene w swojej ofercie daje szeroki wachlarz możliwości dla każdego. Bo mowa tutaj nie tylko o profesjonalistach, którzy te produkty bardzo chwalą. Bawiący się makijażem zapaleniec – amator na pewno się na nich nie zawiedzie. Pamiętam jak lata temu kupiłam swoją pierwszą paletkę do podkreślenia brwi. Lata temu u mnie oznacza: naprawdę dawno temu, bo nie zapominajcie – jestem już stara. I jak dziś pamiętam, że ta paletka była właśnie od Pierre Rene. Była niezwodna, towarzyszyła mi grubo ponad pół roku, potem kupiłam kolejną i jeszcze kolejną. Dlatego podwójnie miło mi wracać właśnie do tej marki i widzieć, że trzyma rewelacyjny poziom jeśli chodzi o jakość kosmetyków.

Swoją drogą… Właśnie czas na zmianę paletki do brwi. Ciekawe czy Pierre Rene nadal ma w swojej ofercie paletkę z moich wspomnień?

 

Oficjalny sklep Pierre Rene:

https://www.pierrerene.pl/pl/

25 thoughts on “PIERRE RENE – moi nowi ulubieńcy

  1. Nie miałam jeszcze nic z tej firmy ale błyszczyki i rozswietlacz w płynie stosik! Obserwuje Cię również na instagramie! @dkaniasta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *