LILY LOLO – czyli biorę się za make up.

Parę lat temu postanowiłam, że to chyba najwyższy czas zrezygnować z makijażu. Fakt, nigdy nie malowałam się mocno. Ot podkład, jakiś korektor, trochę różu, czasem kreska na oku i tusz. Dużo radości dawało mi malowanie ust szminką, to tzw. +50 do pewności siebie – szczególnie kiedy w grę wchodziły odcienie czerwieni. Ale po dłuższym zastanowieniu, obliczeniach, rozmyślaniach doszłam do wniosku, że chyba nie chcę już więcej się malować. Dlatego mając dwadzieścia parę lat, stwierdziłam że coś wygrać musi. Na szali położyłam:

  1. Umalowana buzia, skazy ukryte, cera naczynkowa ukryta, podkreślone oko, słowem: pierdu pierdu. Francja elegancja.
  2. Zero makepu, zero chemii, oddychająca, młoda, naturalna buzia.
  3. + 20 minut do snu.

Zgadnijcie co wygrało.

Oczywiście, że DODATKOWE PARĘ MINUT SNU! Przecież ja jestem największym śpiochem na świecie!

No i nie czarujmy się – ładowanie na swoją buzię podkładów czy innych fluidów (matko, nawet nie wiem jak to się nazywa), korektorów, pudrów przecież nie jest w pełni zdrowe dla cery. Tak? No tak.

Faktem jest też to, że ja tak naprawdę nigdy nie miałam talentu do makijaży, nie potrafiłam nawet dobrać podkładu, a kiedy już trafiłam na odpowiedni kolor – zawsze wychodziły mi jakieś maziaje, grudki, nie potrafiłam chyba obchodzić się z tym wszystkim i wyglądałam jak pomylony wytwór z trzema odcieniami pomarańczy na twarzy. Jednym słowem: masakra. Ach, co ważne. Notorycznie i nałogowo macam się po policzkach, przecieram oczy, podpieram brodę dłonią… Domyślcie się więc, jak wyglądał mój makijaż po np. 3 godzinach w pracy.

Jedyne momenty, kiedy mój makijaż był idealny, piękny i wykonany należycie to sesje zdjęciowe. Dziewczyny, z którymi pracowałam na sesjach mają w rękach OGROMNY TALENT! Ale no właśnie! Jest druga strona medalu. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak często na planie zdjęciowym nie wszystko idzie po naszej myśli i np. 5 minut przed sesją otrzymuje się wiadomość od wizażystki, że „przepraszam, ale (tu wpisz dowolny powód typu: umarł mi chomik), niestety nie dotrę na sesję”. I co wtedy zrobić? Szczególnie kiedy dojazd na plan zajął 3 godziny, przygotowania do niej ponad tydzień, ekipa czeka, ludzie źli i cóż… wszystko ma pójść na marne?

Uznałam, że to dobry powód, aby znów przynajmniej spróbować i sięgnąć po kosmetyki do makijażu. Dla siebie samej, nie po to żeby „fiziować się” (słowa mojej mamy, w tym miejscu pozdrawiam Cię serdecznie kochana!) co chwilę, ale aby móc sobie poradzić w sytuacjach kryzysowych, pobawić się i móc okazjonalnie zrobić coś ze swoją twarzą.

Wybór pierwszych kosmetyków do takiego „wielkiego powrotu” nie był łatwy. Zależało mi na tym, aby kosmetyki nie zapychały, były lekkie, ale przede wszystkim, abym mogła operować nimi z łatwością. Wtedy na horyzoncie pojawiło się Costasy i kosmetyki mineralne firmy Lily Lolo.

To co otrzymałam w zestawie daje mi możliwość wykonania praktycznie kompletnego makijażu twarzy. W pudełeczku znalazłam:

  1. Podkład mineralny SPF15
  2. Naturalny prasowany korektor
  3. Puder mineralny
  4. Pędzel do makijażu Super Kabuki
  5. Szminki naturalne, kolory: Scarlet Red i Desire

 

Jako bazy użyłam kremu nawilżającego Resibo, dzięki temu podkład mineralny – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – rozprowadził się bardzo dokładnie, równomiernie, a co ważne – nie odpadał, nie granulował się, nie kruszył i nie było znienawidzonych maziajek. Ale może na początku parę słów o samym składzie, wyglądzie i właściwościach podkładu…

Moja cera jest:

- mieszana, chociaż bez skłonności do wyprysków. Uwielbia za to zaczerwienienia i muszę ukrywać naczynka w okolicach policzków.

- karnacja zdecydowanie jasna

- tonacja neutralna, jednak zmierzająca w odcienie żółte, bliżej ciepłych tonów.

 

Dla mojej buzi idealny okazał się być odcień WARM PEACH.

Podkład zamknięty jest w eleganckim, plastikowym słoiczku. Posiada bardzo sprytne, zasuwanie zamknięcie - sitko, dlatego nie zmarnujemy ani drobinki cennego kosmetyku. Jeśli chodzi o jego skład podstawą jest całkowity brak drażniących dodatków, syntetycznych substancji zapachowych, wypełniaczy czy parabenów, przyglądając się mu dokładniej widzimy:

  • mika (Mica) – to właśnie mice podkłady zawdzięczają swoją lekkość i jedwabistość,
  • tlenek cynku (Zink Oxide) – posiada właściwości antybakteryjne i kryjące,
  • dwutlenek tytanu (Titanium Dioxide) – tzw. biel tytanowa, ma działanie kryjące
    i jest naturalnym filtrem UV,
  • tlenki żelaza oraz ultramaryna – pigmenty mineralne.

 

Przyznaję, że byłam ogromnie zdziwiona, jak można nałożyć na twarz taki… no proszek. Okazało się, że moje wątpliwości były niesłuszne, bo aplikacja była prosta, a podkład nakładałam pędzlem Super Kabuki, oczywiście również od Lily Lolo. Krycie było praktycznie natychmiastowe, nie wymagało nałożenia drugiej warstwy, a to co dla mnie najważniejsze: skóra nie była „zapchana”, obciążona i nie towarzyszyło mi uczucie lepkości, czy też „maski na twarzy”. Specjalnie wykonałam makijaż rano, aby zobaczyć jak wygląda jego wytrzymałość. I tutaj największy szok. Upały, ponad 30 stopni w cieniu, lato w pełni, do tego obowiązki codzienne, a makijaż trzymał się… aż do wieczora! Nawet przy moim wiecznym macaniu chomiczych polików!

Jak już parę razy wspominałam – moim odwiecznym problemem są cienie pod oczami. Oczywiście mam swoje TOP 5 kremów pod oczy, które bardzo mi pomagają, odpowiednie nawodnienie organizmu w tej sytuacji jest równie ważne, ale w sytuacji kiedy chodzi o makijaż idealny – tego typu cienie są u mnie niedopuszczalne. W tym wypadku świetnie sprawdza się prasowany korektor Lily Lolo w odcieniu Lemon Drop. Strasznie się bałam, że korektor uparcie powchodzi mi w zmarszczki pod oczami (no halo, trzydziestka tuż tuż to i zmarszczki przyszły), ale jak łatwo się domyślić obawy były zbędne. Korektor rozprowadził się idealnie, cienie się rozjaśniły i przestały tak straszyć. Ogromnym plusem jest też to, że korektor umieszczony jest w zgrabnym opakowaniu z lusterkiem. Jest to idealna opcja dla kobiet, które preferują rzeczy „kieszonkowe”, można go wrzucić do torebki i poprawić ewentualne niedoskonałości np. w podróży czy podczas… dzikich tańców w klubie?

 

Do wykończenia i utrwalenia użyłam pudru sypkiego Lily Lolo, Flawless Matte. I tutaj muszę podkreślić, że jest to dla mnie produkt wyjątkowy, bo może być zarówno wspomnianym wyżej wykończeniem jak i… bazą pod makijaż. Dla osób, które nie lubią zapchanej kosmetyczki – opcja wyjątkowo sprytna. Puder absorbuje sebum, zabezpiecza cerę przed niechcianym świeceniem się, jest bardzo drobno zmielony, ma kolor i konsystencję białego proszku. Ten puder to taka moja wisienka na torcie, miłe uzupełnienie, kropka nad i. Jego aplikacja jest wyjątkowo wygodna, bo podobnie jak podkład, również zamknięty jest w słoiczku z sitkiem, również nie zmarnujemy dzięki temu ani grama, nie wybrudzimy ubrań i możemy zabrać go ze sobą wszędzie.

Pamiętacie co pisałam wyżej o szminkach? Taaaak, kocham je bardzo mocno. Zawsze wybieram kolory nasycone, często ciemne, odcienie czerwieni, wina, burgundu. Tym razem nie mogło być inaczej. Skusiłam się na dwa cudowne kolory od Lily Lolo, oczywiście w obu pojawia się kusząca czerwień.

Desire zalicza się do odcieni chłodnych. Lekko winnych. Jest bardzo intensywna, pełna klasy i elegancji.

Scarlet red to kolor bliski klasycznej, eleganckiej i nasyconej czerwieni. Można włożyć ją między takie odcienie jak malina i truskawka.

 

Szminki pięknie nawilżają usta, odżywiają je, nadają im blask. Zawierają witaminę E, woski, ekstrakt z rozmarynu oraz organiczny olejek jojoba. Nie „zjadają” się od razu, a także nie przeszkadzają jeśli chodzi o samo uczucie ich noszenia. Polubiłam się z nimi i jak zwykle… otrzymałam swoje +50 do pewności siebie.

 

Pomimo moich naprawdę dużych obaw, czy dam sobie radę, czy będę umiała poradzić sobie z tego typu kosmetykami, mogę z lekką dumą stwierdzić, że Lily Lolo w pełni spełniło moje oczekiwania.

To naprawdę nie lada wyzwanie zachęcić do powrotu do mejkapu takiego totalnego laika makijażowego bez ani krztyny umiejętności jeśli chodzi o wizaż. To wiele dla mnie znaczy, bo czuje się w tych rewirach bardzo niepewnie. A wierzcie mi – uważam, że nie ma niczego gorszego niż maska zamiast twarzy lub kolor buzi odcinający się od szyi.

 

Makijaż, który jest „łatwy w obsłudze”, trwały, nie obciąża, nie zapycha, ma naturalny skład (u mnie to PRIORYTET). Da się? Oczywiście, że się da! Teraz pozostaje mi zgłębić resztę tajników i poddać testom inne kosmetyki Lily Lolo. A oferta jest naprawdę bogata!

Klik w link:

http://www.costasy.pl/czym-sa-kosmetyki-mineralne

 

Żeby była jasność – kocham swoją niepomalowaną buzię. I czuję swego rodzaju wolność, bo rewelacyjnie mi bez makijażu, nie boję się tak wyjść na miasto, ba! Kocham to, że MOGĘ wyjść do ludzi w takiej wersji i nikt nie ucieka w popłochu i nie straszę męża o poranku kiedy budzę się jak Bozia mnie stworzyła. Nadal mam zamiar utrzymać tę tendencję – no make up girl (poza tym jestem zbyt leniwa żeby malować się codziennie) Ale chcę też spróbować czegoś… nowego?

Dlatego na koniec mocne postanowienie: nauczę się tajników makijażu. A co! Ja nie dam rady? Ja? Mam nadzieję, że będę mogła Wam się kiedyś pochwalić swoimi postępami. Gwarantuję przy okazji, że zabawa i wrażenia na początku pewnie będą… przednie!

 

24 thoughts on “LILY LOLO – czyli biorę się za make up.

  1. O mamo… Odcienie szminek są tak cudowne, że aż sobie je zapisałam. Kocham takie kolory. Nie mialam jeszcze styczności z tymi kosmetykami zupełnie ale kusisz…

  2. Nigdy nie miałam do czynienia z kosmetykami mineralnymi, ale właśnie twz zamierzam się wziąć i za makijaż i za testowanie takich produktów 😆 Trzymam kciuki za te makijażowe początki ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *