I dlaczego ty tak kochasz Bieszczady?

Strasznie często zadajecie mi te pytanie. Powinno ono brzmieć raczej: dlaczego tak bardzo kocham góry, a SZCZEGÓLNIE właśnie Bieszczady?

Ciężko to ująć. No bo jak można opisać miejsce, w którym czujesz, że ogarnia Cię błogi spokój? Że wszystko co niedobre, wkurzające, frustrujące nagle odchodzi na dalszy plan? Wiecie – mieliście kiedyś tak, że pojechaliście gdzieś, wyszliście z samochodu/pociągu/autobusu i pomyśleliście: o kurcze – to tutaj chcę żyć? Ja tak właśnie miałam z Bieszczadami.

Chodzenie po górach mogę uznać jako moje hobby. Rok 2016 i 2017 zdecydowanie należał do pieszych wycieczek, udało nam się zwiedzić wiele szlaków, wiele miejsc, wiele pasm górskich. Nie nazwę nas nigdy profesjonalistami jeśli chodzi o tego typu wyprawy (bo nie oszukujmy się, w górach trzeba mieć wiele pokory i doświadczenia). Ale na pewno mogę powiedzieć, że to nas pasjonuje i cieszy. Chociaż o górach musimy nauczyć się jeszcze wiele, aby móc w przyszłości mierzyć się z nimi dalej, stawiać im czoła i przede wszystkim… żyć z nimi w zgodzie.

Ale wracając… No właśnie – czemu Bieszczady?

Przedstawię Wam tutaj moją całkowicie subiektywną listę ochów, achów związanych właśnie z tym miejscem, które siedzą we mnie już od dwóch lat. I uwaga, to nie jest w żadnym wypadku poradnik turystyczny. To nic innego jak moje wspomnienia!

Bo szlak na Tarnicę i Halicz.

Na Tarnicę wchodziliśmy w miejscowości Wołosate. Mieliśmy do wyboru dwie trasy – dłuższą, zaczynającą się w Ustrzykach i krótszą, właśnie zaczynając i kończąc we wspomnianych Wołosatych. To co mogę powiedzieć o wejściu na Tarnicę, a następnie Halicz, to to, że jest to niesamowita próba charakteru i siły. Szczególnie dla nas, czyli… średnio ogarniętych fizycznie, bardzo lubiących burgery amatorów. Nigdy nie zapomnę momentu wspinania się po schodach, które były śliskie, kamienne i baaardzo strome. Jak klęłam, zawodziłam i jęczałam, że przecież zaraz umrę, skonam, a przynajmniej dostanę delikatnego zawału serca od wcale nie łatwej dla mnie wspinaczki. I nie jedna osoba pomyślałaby: głupia po co ci to, skoro tak się męczysz? Jak to po co? Żeby coś sobie udowodnić? Żeby dać sobie wycisk, żeby włączyć wyobraźnie i na koniec… żeby ujrzeć niesamowity widok na Tarnicę, Połoniny, żeby ogarnąć wzrokiem i sercem najdziksze przecież w Polsce góry. Poza tym umówmy się – ja zawsze tak marudzę. A potem cieszę się jak małe dziecko, że pokonałam ten próg, że zapisałam na zawsze w mojej głowie pewien obraz, który odcisnął w moim sercu piętno na stałe. Bo przecież jakby nie było, Oprócz wspaniałej panoramy najbliższych grzbietów polskiej części Bieszczadów, w pogodne dni z Tarnicy można dostrzec: Tatry, Gorgany, Ostrą Horę, Połoninę Równą, Połoninę Krasną, a przy bardzo dobrych warunkach pogodowych możemy dostrzec: Pasmo Wyhorlacko-Gutyjskie, Góry Ignis, górę Vlădeasa i Pietrosula Rodnei w Górach Rodniańskich.

 

Cała Trasa liczyła 25km. Pokonaliśmy ją w niecałe sześć godzin. Wypiliśmy chyba 4 litry wody na głowę, poznaliśmy świetnych ludzi na każdym ze szczytów i… mogliśmy usłyszeć najprawdziwszy ryk niedźwiedzia. Do dziś monumentalność żelaznego krzyża upamiętniającego pobyt Jana Pawła II wywołuje u mnie pewnego rodzaju… wzruszenie.

Bo niesamowity świat zwierząt.

Tylko w Bieszczadach mogłam pogłaskać nos żubra. Tylko w Bieszczadach uciekałam przed żmiją zygzakowatą. Tylko w Bieszczadach słyszałam wilki i niedźwiedzia. Tylko w Bieszczadach byłam blisko rykowistka Jeleni. W Bieszczadach poznałam bliżej proces wyrobu miodu, mogłam przytulić owcę, zobaczyć konie huculskie. Niezwykłym plusem właśnie tego górskiego pasma jest jego niezmącona niczym natura, dzięki czemu zwierzęta czują się o wiele bezpieczniej. Znacznie mniejsza ingerencja człowieka w okoliczną faunę i florę spowodowała, że tamtejsze lasy są ostoją dla aż 58 gatunków ssaków. Pamiętam, jak podczas odwiedzin u jednego z lokalnych zakapiorów z wielkim zainteresowaniem wysłuchaliśmy historii o tym, dlaczego niedźwiedzie brunatne wybierają lasy właśnie w polskiej części Karpat. Tutaj szanuje się ich obecność, a przede wszystkim – nie są obiektem polowań.

Bo to cudowne miejsce dla psiolubnych.

Sam Bieszczadzki Park Narodowy czworonogów nie ugości. I oczywiście jest to sprawa w pełni logiczna. To nic innego jak szacunek do mieszkających tam właśnie zwierząt, bo przecież raz, że pies swoje zapachy zostawia, a dwa – no cóż, nie wszyscy ludzie lubią sprzątać po sobie, a co dopiero po swoich czworonogach. I dziwię się naprawdę każdemu, kto zakaz wstępu z psami na teren parku tak szykanuje. Ja też nie lubię, kiedy jakiś inny człowiek chodzi mi po domu i smrodzi. I tą samą kategorią patrzę, na wprowadzanie moich psów na tereny parku, bez względu na to jak bardzo je kocham i chętnie wszędzie zabieram.

Ale Bieszczady to nie tylko park narodowy. To wiele innych, cudownych miejsc, gdzie z czworonogami można się udać, gdzie jest wygodnie zarówno nam i jak i psiakom (bo o ich komforcie trzeba pamiętać przede wszystkim – nie każdy sierściuch nadaje się na takie wycieczki). Nam udało się ponad połowę  urlopu, który w sumie liczył dwa tygodnie spędzić właśnie z psami. W inne dni mieliśmy dla nich odpowiednią opiekę. Zwiedziliśmy w czwórkę Wetlinę, wodospad Ostrowskich, nie ominęliśmy tamy na Solinie, zrobiliśmy sobie spacer do Przełęczy Orłowicza, właziliśmy na każdy punkt widokowy, na który tylko mogliśmy wejść z psami. Najbardziej jednak w pamięci pozostała mi trasa na Sine Wiry. Była ona na tyle łatwa, aby pokonać ją bez kolejnego zagrożenia zawałem, a jej wyjątkowość polegała przede wszystkim na cudownych widokach. Sine Wiry to rezerwat krajobrazowy o powierzchni 450 ha, znajdujący się na terenach dawnych wsi Łuk, Zawój i Polanki. Na rezerwat ten przypada kilkukilometrowy odcinek rzeki Wetlina, oraz południowe stoki wzgórza Połoma (776m n.p.m.) Najbardziej charakterystyczną, jedną z najpiękniejszych i najłatwiej dla turysty dostępną częścią rezerwatu jest przełom Wetliny (obecnie "lansowana" jest nazwa Wetlinka) przebijającej się przez liczne progi skalne u stóp Połomy. Rezerwat to wielkie bogactwo flory oraz żyjącej tutaj fauny. Uroku tej wycieczce dodała możliwość zamoczenia stóp w lodowatej wodzie, schłodzenie się, jak to sama nazwałam: to była moja chwila dla strudzonego wędrowca.

Bo cerkwie. I ich niepowtarzalny klimat.

Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale myśląc: Bieszczady – przed oczami mam właśnie cudowne, drewniane cerkwie, które można tam z powodzeniem znaleźć. Niestety, ogromna ich ilość została zniszczona w czasach wojny, niestety wiele z nich zostało rozkradzionych, spalonych, zbezczeszczonych. Ale wielkim szczęściem jest to, że chociaż część z nich udało się zachować, poddać renowacji, zadbać o ich dalszy los.

Dlaczego tak lubię ich klimat? Być może ze względu na rys historyczny? Może przez niesamowitą architekturę? Może przez duszę, którą w sobie mają. Myślę, że każda z opcji jest jak najbardziej trafiona. Wchodząc do nich czuję niesamowity respekt, zadumę, jakiś taki… czar, który mnie za każdym razem ogarniał, kiedy tylko przekraczałam ich progi.

Nam udało się zobaczyć cerkwie w Bystrem, Czarnej, Komańczy, Bandrowej i Górzance. Ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie, wewnątrz znajdują się fragmenty rzadko spotykanego ikonostasu w formie płaskorzeźbionych figur. W świątyni znajdują się również dwa ołtarze boczne i ołtarz główny z czasu budowy cerkwi. Jeden z nich to ołtarz przeniesiony z kościoła w Wołkowyji. Ciężko opisać słowami wrażenie, jakie zrobiło na mnie wnętrze. Obok cerkwi znajduje się też galeria ikon, w której odbyliśmy przesympatyczną rozmowę z lokalnymi artystami i zakupiliśmy naszego Bieszczadzkiego Aniołka, który czuwa nad naszym domem do dziś.

Bo jedzenie i naleśnik gigant.

Wyjątkowo polubiłam Bieszczadzką kuchnię. Dzieli się ona na kuchnię bojkowską, łemską i galicyjską. Bieszczady to region wielonarodowy, wieloetniczny więc także potrawy które tam jadano były różnorakie i wynikające ze specyfiki danej kultury. Tutaj szczególną uwagę należy zwrócić na kuchnię żydowską. Odwiedziliśmy wiele cudownych zajadów, restauracji i karczm. Jedliśmy ostre zupy, baraninę, różnorakie pierogi, pyszne ryby, smakowaliśmy zioła, miody, słodycze. Piliśmy PRZEPYSZNE rzemieślnicze piwo. Byliśmy w takich miejscach jak „Siekierezada”, „Oberża Pod Kudłatym Aniołem”, „Wilcza Jama” i naprawdę wieeeelu innych. Ale jedno miejsce wygrywa, zagrzało sobie miejsce w mym wiecznie głodnym serduszku, a jest to cudowna, niezwykle klimatyczna, pełna dobrych emocji „Chata Wędrowca” w Wetlinie.

Zostaliśmy tam przyjęci jak… rodzina. My, nasze psy i całe nasze zmęczenie pomieszane z głodem, które nieśliśmy na barkach po długiej wędrówce. O tej jadłodajni owszem, słyszałam legendy, Ale jak to z legendami bywa – lubią być mocno naciągane. Ale nie nie, nie tym razem. Tym razem legendę poczułam na własnej skórze. I w moim żołądku.

Naleśnik Gigant. Wielki, przeogromny placek z bitą śmietaną i jagodami. Synonim boskości. Jeśli zapytacie mnie kiedyś czym karmią w niebie – odpowiem, że właśnie tym naleśnikiem. Jest wielki, większy od mojej głowie, waży 1,5kg i wygląda jak spełnienie moich najskrytszych, kulinarnych perwersji.  Przypomina olbrzymiego racucha, ale sposób przyrządzania i użyte składniki nie mają nic z racuchem wspólnego. Jest bardzo słodki oraz kaloryczny. Jego nazwa, receptura i wygląd są od 2013 r. zastrzeżone w Urzędzie Patentowym RP.

Czy muszę dodawać coś jeszcze? Chyba nie… I cóż, znowu chce mi się jeść…

Bo kozy. Po prostu.

Moją wielką i dozgonną miłość do tych zwierząt chyba każdy zna, a o moim marzeniu posiadania dwóch kóz o imionach Ludmiła i Henryka mówiłam setki razy. A Bieszczady to normalnie KOZA NA KOZIE (bez dziwnych skojarzeń!), co dla mnie było równoznaczne ze znalezieniem się w raju. Co mogę dodać… Każdy ma swojego bzika, mój ma śmieszną bródkę i daje pyszne mleko!

Bo w Bieszczadach nie da się nudzić.

Myślicie, że łażenie w górach przecież kiedyś przestaje być fascynujące. Być może, ale czy na pewno? Bieszczady to góry zmienne, zaskakujące, o każdej porze roku wyglądają inaczej, niosą nowe wrażenia, nowe doznania i nową historię. To miejsce kipiące cudowną historią, opowieściami mieszkańców, tam gra muzyka, tam chyba każdy każdego zna. I w końcu Bieszczady to nie tylko góry, bo to też takie ciekawe miejsca, takie jak galerie ikon, pracownie zakapiorów, to przecież Sanok, Ustrzyki Górne i Dolne, to kolejka wąskotorowa, drezyny które dają taki wycisk, że olaboga. To piękna Solina, rowerki wodne na których mogłam pływać i pływać, to tama, stragany na niej. To anioły i biesy, to legendy i spełniające marzenia dusiołki. To też Zdzisek Beksiński, którego tak bardzo uwielbiam. To obwodnica bieszczadzka, na której drogę może zastawić ci uparta krowa, właśnie przechadzająca się leniwie na drugą stronę. To ludzie, którzy tworzą te miejsce i są odpowiedzialni za jego czar.

PODSUMOWUJĄC.

Możecie mnie mieć za jakąś psychofankę tego miejsca, ale tak. Naprawdę kocham je całym sercem. Przeżyłam tam chyba jeden z najpiękniejszych czasów mego życia. Przepełniała mnie beztroska, radość, MIŁOŚĆ! Poczułam tę magię i dzikość gór, które są stosunkowo najsłabiej dotknięte sztampową turystyką. To nie są Krupówki z wyliniałym misiem i podrabianymi góralskimi kapciami. Tam trudno o huk samochodów, ludzi deptających się wzajemnie po drodze. Tam znalazłam swój azyl i poczułam, że… NO CHCE SIĘ ŻYĆ. I chce się tam wrócić, kolejny i kolejny raz. Najlepiej co chwilę. A może jednak na stałe?

I tak, inne pasma górskie są piękne. Kocham Tatry za ich ogrom, strzelistość, przyrodę. Kocham Góry Stołowe za nietypowość, za niespotykane widoki. Ale to właśnie w Bieszczadach poczułam, że coś mnie złapało na haczyk, coś mnie oczarowało, coś mnie trzyma i nie chce puścić. Może to te legendarne biesy i czarty? Kto wie, może kiedyś się przekonam?

Jedno jest pewne. Wrócę tam, oj wrócę – jeszcze nie raz!

18 thoughts on “I dlaczego ty tak kochasz Bieszczady?

  1. My też z rodzinką uwielbiamy chodzić po górach! To również prawdziwy raj dla Naszych psiaków! Moc wspomnien! Zawsze jak wracamy z gór to jeszcze bardziej zmęczeni i wypompowani ale warto 😊

  2. No to się nazywa bogaty opis, w Bieszczady mam spory dystans, ale na naleśnika i tamtejszy ‚kulinarny szlak” wybiorę się w formie planowanej objazdówki po Polsce. Właśnie dodałem kolejny przystanek – Dziękuję 🙂

  3. Wyszła moja prawdziwa natura 😀 Ale najbardziej w tym wpisie poruszył mnie ten naleśnik! Ale ochoty mi narobiłaś! A co do Bieszczad, uwielbiam, choć bardzo rzadko bywam w górach … niestety 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *